środa, 31 lipca 2013

Veet Easy Wax - depilacja woskiem w domowym zaciszu. Czy warto?


Depilacja woskiem to sposób znany od lat - nie tylko w gabinetach kosmetycznych, ale także w domu, każda z nas przecież słyszała o plastrach do depilacji. Tym razem firma Veet wypuściła na rynek produkt, który ma dawać nam namiastkę salonu w domowym zaciszu. Ja miałam okazję wypróbować ten produkt dzięki portalowi depilacja.edu.pl, który był obecny na naszym spotkaniu blogerek w Olsztynie. I tak do mojej łazienki trafił Veet Easy Wax:

Cena/pojemność/dostępność:  ok 70 zł/ w tej cenie otrzymujemy urządzenie podgrzewające oraz wkład z woskiem o pojemności 50 ml oraz paski do depilacji i chusteczki nasączone oliwką/ drogerie internetowe i stacjonarne oraz większe supermarkety 
Opakowanie: Produkt otrzymujemy w kartonowym opakowaniu - w środku znajduje się urządzenie podgrzewające utrzymane w biało-różowej kolorystyce, do tego podstawka, którą możecie zobaczyć na zdjęciu po lewo, chusteczki nasączone oliwką, które pozwalają zmywać resztki wosku po zabiegu i instrukcje obsługi. Sam podgrzewacz ma fajny kształt - dobrze leży w dłoni - ma gumowe wstawki w związku z tym nie wyślizguje się z rąk. Biała, plastikowa podstawka, pozwala trzymać go w pozycji pionowej - po podłączeniu urządzenia do prądu - zapala się lampka kontrolna. Wkłady są oczywiście wymienne (mamy do wyboru wosk ze standardową rolką oraz z węższą wersją - przeznaczony do depilacji np okolic bikini)
Działanie: Producent twierdzi, że urządzenie potrzebuje od 20 do 40 minut, aby się nagrzać - niestety w praktyce wychodzi trochę inaczej. Po 20 minutach wosk jest jeszcze zbyt zimny i nie nadaje się do aplikacji na skórę - ja potrzebowałam około 50 minut do tego, aby móc rozpocząć cały proces. Kiepska opcja dla choleryków, którzy tak jak ja nienawidzą czekać - sytuacja ta spowodowana jest małą mocą podgrzewacza (nie mogę się jej nigdzie doczytać na opakowaniu?). Producent oferuje nam jeden rodzaj wosku - w moim zestawie była klasyczna rolka, którą producent zaleca do depilacji rąk i nóg. W Rossmanie natomiast widziałam wkład przeznaczony do depilacji okolic bikini i pach - różniący się jedynie szerokością rolki. Wosk ma 50 ml pojemności, różowy kolor - ja nie wyczuwam żadnego zapachu - wkłady uzupełniające możemy kupić w drogerii za około 20 zł. Dodatkowo producent dodał paski, którymi wykonujemy depilację. Czy działa? Tak, chociaż wiadomo, że przy tej metodzie ważna jest długość włosków, które chcemy usunąć - a ich "zapuszczanie" przy pogodzie jaką mamy za oknem jest zwyczajnie bardzo trudne i mało komfortowe. Wosk mnie nie podrażnił, nie uczulił. Chusteczki dołączone do zestawu pozwoliły usunąć resztki produktu z naszej skóry - jest ich jednak zaledwie 4 - więc później musimy radzić sobie zwykłą oliwka - chociażby taką dla niemowląt 
Czy kupię ponownie? Nie - sama będąc w szkole kosmetycznej wiem na jakich woskach pracują salony - są to często zestawy z hurtowni kosmetycznych, które można dostać też bez problemu na allegro. Cechują się one dużo większą mocą - dzięki czemu wosk nagrzewa się szybko - dodatkowo mamy wybór wielu różnych rodzai wosków - w dużo lepszej cenie bo około 10 zł za wkład. Producent jednak wiedział co robi i aby ustrzec się przed korzystaniem z wosków innych firm wprowadził u siebie pojemność 50 ml - przy czym standardowo jest to 100 ml - urządzenie nie jest więc w stanie działać na innych produktach - a szkoda, bo wtedy pewnie jeszcze bym je wykorzystała... Rolka pozwala na jakieś 5-6 zabiegów depilacji całych nóg - nie mnie jednak paski mogą skończyć się szybciej, szczególnie jeśli nie macie zbyt dużego doświadczenia. 
Podsumowując: Produkt wzorowany na profesjonalnym, tylko z mniejszą mocą i większą ceną - hmm dziwne połączenie - jeśli chcecie zdecydować się na ten rodzaj depilacji polecam zainwestowanie w urządzenie przeznaczone do salonu, którego cena jest zresztą porównywalna - a czasami nawet niższa - dzięki temu będziecie mieć możliwość wybierania innych wosków (chociażby zapachowych czy przeznaczonych do konkretnego rodzaju skóry) o większej pojemności i niższej cenie....

wtorek, 30 lipca 2013

Perełka pod prysznic - Isana Med żel z 5% Urea

Żel pod prysznic to kosmetyk, którego używa chyba każdy z nas - przy wyborze kierujemy się różnymi czynnikami - jedni ulubioną marką, drudzy zapachem produktu, trzeci ceną i wydajnością - a pozostali zwracają uwagę na jeszcze inne czynniki. Będąc na zakupach w rossmanie zauważyłam ten żel - zupełnie niepozorny - postanowiłam wypróbować - bo produkty zawierające Urea czyli mocznik bardzo lubię. I tak w mojej łazience zamieszkał: 
Isana Med żel pod prysznic z 5% zawartością mocznika
Cena/pojemność/dostępność: 4,49 / 250 ml / drogerie Rossman 
Opakowanie: Standardowe w przypadku żeli pod prysznic tej firmy - biała plastikowa buteleczka z czerwonym wieczkiem, do której przyklejono naklejkę z podstawowymi informacjami o produkcie. Co ważne nie odkleja się ona pod wpływem wilgoci - więc stojąc pod prysznicem cały czas wygląda estetycznie 
Kolor/zapach: Przeźroczysty żel o bardzo specyficznym zapachu mocznika - jeśli kiedykolwiek miałyście jakiś produkt właśnie z urea pewnie wiecie co mam na myśli - jeśli nie to najbliżej chyba mogę go porównać do pudełka zapałek - w każdym razie niekoniecznie przyjemny i nie ma nic wspólnego z pięknie perfumowanymi kosmetykami myjącymi stojącymi na półkach 
Działanie: Zdecydowałam się na jego zakup, bo moja skóra ma tendencje do przesuszania podczas mycia - a olejki pod prysznic na okres letni są dla mnie po prostu za tłuste - mam wrażenie takiej tłustej powłoki na ciele a tego przy 30 stopniowym upale nie lubię. Po umyciu ciała tym produktem takiego wrażenia nie mam, a skóra nie jest nieprzyjemnie ściągnięta. Dobrze się pieni, ale mógłby być bardziej gęsty - wtedy byłoby lepiej z jego wydajnością - chociaż nie ma co się czepiać - bo przy tej cenie i tak wypada atrakcyjnie. Kupiłam kolejne opakowanie - a przy tego typu produktach nie zdarza mi się to często bo lubię eksperymentować :D szkoda, że nie pachnie jakoś przyjemniej - ale na szczęście aromat szybko się utlenia i nie jest wyczuwalny na skórze....


A Wy znacie ten produkt? A może polecicie mi jakieś inne produkty tej marki?

piątek, 26 lipca 2013

Mały uśmiech - czyli pierwsze spotkanie z minerałami....

Kosmetyki mineralne maja coraz więcej zwolenników, bo naturalne, nie zapychają i pozwalają uzyskać fajny efekt. Są podkładu, korektory, pudry, róże, cienie - generalnie jesteśmy w stanie wykonać prawie cały makijaż tylko i wyłącznie przy ich użyciu. Dla mnie to pierwsza styczność z tego typy kosmetykami - oczywiście wiedziałam o nich i często widywałam je na blogach innych dziewczyn, ale mnie nie było jakoś po drodze... Z pomocą przyszła firma Amilie Cosmetics która podczas spotkania blogerek przekazała nam drobne upominki. I tak w moim kuferku zamieszkał:
 Róż rozświetlający w odcieniu Little Smile:
Cena/pojemność/dostępność: 29 zł/ 4g/ sklep internetowy producenta
Opakowanie: Wygląda uroczo. Mały przezroczysty słoiczek z białą nakrętką, na której widnieje różowe logo producenta. Informacje odnośnie koloru jaki posiadamy, pojemności czy składu. Jest to oczywiście kosmetyk w formie proszku, dlatego też wewnątrz producent umieścił sitko - jak w przypadku np pudrów do twarzy. Przy czym mamy możliwość zakrycia jego otworów (dzięki czemu róż jest zabezpieczony chociażby podczas podróży) podczas aplikacji zazwyczaj wysypuję odpowiednią ilość na wieczko i właśnie z niego nabieram proszek na pędzel. W każdym razie jest praktycznie i estetyczne. Czego chcieć więcej?
Kolor/działanie: Piękny zgaszony, brudny róż - takie odcienie lubię najbardziej. Miałam szczęście, że trafił mi się kolor "w moim stylu" - nie miałyśmy bowiem wpływu na to jaki róż dostaniemy. Jest to produkt rozświetlający - ma w sobie delikatne drobinki - na policzku wygląda jednak bardzo naturalnie, dając satynowe wykończenie. Jestem nim ostatnio oczarowana i gości na moich policzkach w ostatnim czasie bardzo często. Długo się utrzymuje na twarzy( po całym dniu pracy nadal jest widoczny na twarzy - to już mały sukces), a 4 gramy to ogromna ilość produktu i jestem przekonana, że wystarczy na bardzo długo.  Ciężko mi wypowiedzieć się na temat jego mineralności - dla mnie to zwykły, sypki róż. Większą różnicę zapewne można zauważyć przy stosowaniu tego typu podkładu czy korektora. Ale co tam - mineralny czy nie, ważne że kolor ma ładny <3


A Wy miałyście styczność z kosmetykami mineralnymi? Lubicie je czy może coś Wam w nich przeszkadza? Chętnie poznam Wasze zdanie...

środa, 24 lipca 2013

Kompletna klapa: Szampon z olejkiem arganowym od Joanny

Cały kosmetyczny świat oszalał na punkcie olejku arganowego - jest o nim ostatnio potwornie głośno, a firmy ciągle wypuszczają na rynek nowe serie produktów właśnie z jego udziałem w składzie... Nasza rodzima marka Joanna zrobiła podobnie i tak do drogerii trafił szampon, odżywka oraz maseczka do włosów z serii argan oil. Dziś mowa o tym pierwszym. A więc przed Wami 
Szampon z olejkiem arganowym, przeznaczony do włosów suchych i zniszczonych
(który otrzymałam na spotkaniu blogerek z Warmii i Mazur ):
Cena/pojemność/dostępność: Około 6-7 zł/ 200 ml/ sieci drogerii a także supermarkety
Opakowanie: Klasyczne w przypadku tego typu produktów. Plastikowa butelka, na której producent umieścił podstawowe informacje o produkcie - w sumie nie ma co się na ten temat rozpisywać :)
Obietnica producenta:"Twoje włosy zyskają: witalność i czystość, odżywienie i wzmocnienie, zmysłowy połysk, regenerację zniszczonych partii, ochronę przed puszeniem się"
Działanie: Mam kręcone, a może raczej falowane włosy, które z natury są suche - moje dodatkowo farbowane i poddawane działaniu wysokiej temperatury - więc teoretycznie produkt stworzony dla mnie - osoby posiadającej włosy suche i zniszczone. Byłam do niego bardzo pozytywnie nastawiona. Mała kropla wystarczyła, żeby umyć włosy. Zaraz po spłukaniu moje włosy były potwornie szorstkie i nieprzyjemne w dotyku. Nałożyłam odżywkę z tej samej serii - i co uzyskałam? Żaden szampon jeszcze nigdy tak nie obciążył moich włosów. Były potwornie obciążone, przyklapnięte - wyglądały po prostu źle. Dawałam mu kilka prób - stosowałam z różnymi odżywkami i bez nich - próbowałam myć włosy nim a potem innym szamponem - efekt za każdym razem identyczny czyli zwyczajnie zły. Generalnie żadna z obietnic producenta nie została spełniona, no może poza czystością - bo w końcu je jednak myłam. Nie zauważyłam ani wzmocnienia ani odżywienia a zamiast zmysłowego połysku został mi tępy mat,  i włosy nadające się do ponownego umycia. Moje włosy też nie chciały się po nim kręcić, a co gorsza nie były też proste. Posłużył mi jako produkt do prania pędzli. Dobre i to, ale chyba jednak nie o to chodzi... Generalnie nie polecam i sama będę omijać szerokim łukiem. 

wtorek, 23 lipca 2013

Tani sposób na oczyszczanie? Normalizujący żel-peeling oczyszczający do mycia twarzy z BeBeauty

Często tak mam, że po zakupie jednego udanego produktu danej firmy zaczynam bliżej przyglądać się jej ofercie. Tak było i tym razem... Gdy pozytywnie zaskoczył mnie płyn micelarny, to przy okazji kolejnych zakupów spożywczych w biedronce sięgnęłam po kolejny kosmetyk ich marki. Padło na 
 normalizujący żel-peeling oczyszczający do mycia twarzy (cera mieszana, tłusta):
Cena/pojemność/dostępność: Ok 5 zł/ 150 ml/ sklepy sieci Biedronka
Opakowanie: Nic specjalnego, ale już wiele razy wspominałam, że przy tanich kosmetykach producenci starają się raczej ograniczać koszty właśnie opakowania - to zwykła biała tuba (jak w przypadku innych żeli tej firmy) z nadrukowanymi informacjami o produkcie. Nic specjalnego - ale też nie szpeci i spełnia swoją funkcję - więc nie ma co się czepiać :)
Kolor/konsystencja/zapach: Bezbarwny żel z zatopionymi w nim dość delikatnymi, niebieskimi drobinkami o specyficznym dość sztucznym zapachu - delikatnie przypominającym cytrynę. Drobinek jest w nim dość niewiele - ale mimo to efekt złuszczania jest zauważalny - a produkt nadaje się do codziennego użytku - przynajmniej dla posiadaczek tłustych, grubych i zanieczyszczonych cer.
Działanie:  Żel do twarzy to kolejny etap mojego oczyszczania cery - najpierw zmywam makijaż twarzy i oczu płynem micelarnym a dopiero później myję ją przy użyciu żelu. Mam wrażenie, że moja cera jest wówczas bardziej czysta - a co więcej przyzwyczaiłam się już do takiej formy. Kosmetyk ma wyczuwalne drobiny, i choć efekt złuszczania jest zauważalny to nie zrobi on krzywdy osobom o tłustej, grubej i zanieczyszczonej cerze - dla posiadaczek cer wrażliwych i delikatnych może być zbyt mocny do codziennej pielęgnacji. Moja skóra bardzo lubi złuszczanie więc jestem z niego zadowolona, nie przesuszył mnie ani nie uczulił ( jest przebadany dermatologicznie i hypoalergiczny). Nie spotkały mnie po nim żadne nieprzyjemne niespodzianki na twarzy - niestety zapach nie do końca mi odpowiada - ale po kilku użyciach można się przyzwyczaić :) Co do efektu zmatowienia - które obiecuje nam producent - to nie zauważyłam różnicy - choć nie do końca tego oczekuje od żelu do twarzy. On ma po prostu dobrze myć - z pozostałymi problemami skóry, można poradzić sobie w inny sposób :)


Muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona produktami BeBeauty, nie spodziewałam się, że za tak niską cenę możemy otrzymać produkt bardzo fajnej jakości. Przy kolejnych zakupach spojrzę na ich inne produkty - może coś jeszcze wpadnie mi w oko ;) no właśnie a może jesteście w stanie mi coś od nich polecić?

piątek, 19 lipca 2013

Zbędny gadżet czy kosmetyczny must have? Peeling do ust od Pat&Rub

Kolejny produkt marki Pat&Rub otrzymany na spotkaniu blogerek w Olsztynie. Przyznam szczerze, że to właśnie jego byłam ciekawa najbardziej - bo wiele czytałam o tym produkcie na blogach innych dziewczyn.  Jest dostępny w trzech wersjach: pomarańczowy (który za chwilę Wam przedstawię), kawowy (brzmi nieźle) oraz różany (bardzo się cieszę, że nie trafiła mi się właśnie ta opcja, bo różanych kosmetyków zwyczajnie nie cierpię). Mowa oczywiście o :
peelingu do ust od Pat&Rub (choć na opakowaniu widnieje nazwa piling (?))
Cena/pojemność/dostępność: 49 zł/ 25 ml/ chociażby na stronie producenta
Opakowanie: Pierwotnie otrzymujemy produkt w małym kartoniku, który oczywiście nie dotrwał do zdjęcia - wyrzuciłam go przed sfotografowaniem. Dlatego właśnie nie do końca rozumiem idee ich otrzymywania - większość z nas i tak od razu je wyrzuca - a wszystkie informacje swobodnie można umieścić już na właściwym opakowaniu. Kosmetyk otrzymujemy w zakręcanym, plastikowym słoiczku - samo w sobie wygląda bardzo elegancko. Producent nie zapomniał oczywiście o dużym logo swojej firmy. Tu w każdym razie zarzutów nie mam - wygląda estetycznie, jest poręczne. Czego chcieć więcej?
Kolor/konsystencja/zapach: Po odkręceniu wieczka od razu czujemy aromat pomarańczy. Co jak co - ale pachnie cudownie - to zdecydowanie zaleta. Kolor też wskazuje z czego jest kosmetyk wykonany - bo jak widzicie to rażąca po oczach pomarańcza. Mam jednak trochę zastrzeżeń co do konsystencji, która moim zdaniem jest zbyt sucha - to jakby cukier delikatnie polany wodą - w każdym razie potrafi spaść w palca podczas aplikacji - trochę szkoda, bo łatwo można trochę produktu stracić 
Działanie: Kosmetyk, ma pomóc nam w pozbyciu się suchych skórek szpecących nasze usta - w tej kwestii sprawdza się bardzo dobrze. Producent twierdzi, że także nawilża - hmmm szczerze mówiąc nie zauważyłam. Złuszcza w każdym razie dość mocno - zdecydowanie nie jest to produkt do stosowania codziennego - zresztą w sumie jak każdy inny typowy zdzieracz. Jest wykonany w 100% z naturalnych składników i można go później po prostu zjeść - a smak też ma niczego sobie :D 


Podsumowując fajny, ale dość kosztowny gadżet. W łazience wygląda estetycznie i budzi wiele kontrowersji wśród koleżanek, które nigdy o takim produkcie nie słyszały (ahhh te kobiety nie czytające blogów kosmetycznych ;)) Za regularną cenę na pewno bym go nie kupiła, bo można sobie poradzić z tym problemem domowym sposobem chociażby stosując szczoteczkę do mycia zębów - ale na wyprzedaży - czemu nie - tym bardziej, że to kosmetyk dość wydajny. 

środa, 17 lipca 2013

Stracona sprawa? BeBeauty płyn micelarny do demakijażu i tonizacji twarzy i oczu

Robię zakupy w biedronce - jednak nigdy nie przypatrywałam się ich ofercie kosmetyków. Moja skóra jest dość kapryśna, ma swoje humory i wiele produktów po prostu jej szkodzi. Obawiałam się, że jeśli produkt jest w tak przystępnej cenie to może coś jest z nim nie tak - i mimo wielu pozytywnych opinii jakie widziałam po prostu się nie zdecydowałam. Do czasu gdy mój produkt do demakijażu dobił dna, a ja nie miałam już czasu na spacer do drogerii. W moje ręce wpadł wtedy produkt marki 
BeBeauty - Płyn micelarny do demakijażu i tonizacji twarzy i oczu:
Pojemność/cena/ dostępność: 200 ml/ 4,49 zł/ sklepy biedronka (niestety produkt jest wycofywany więc trzeba mieć sporo szczęścia żeby na niego trafić)
Opakowanie: W tej kwestii firma nie wymyśliła nic specjalnego - zresztą nie ma co się dziwić przy takiej cenie nie możemy liczyć na wymyślone/ekskluzywne opakowanie - zresztą po co? w końcu liczy się działanie produktu. W każdym razie nie szpeci - plastikowa buteleczka, która nie wymaga odkręcania - wystarczy lekko nacisnąć korek i możemy swobodnie nalewać płyn na wacik. Jest przezroczyste więc kontrolujemy ilość produktu, która nam została. Producent umieścił na nim informacje odnośnie sposobu używania, składu. Jest przebadany dermatologicznie i hypoalergiczny.
Kolor/konsystencja/zapach: Co tu dużo mówić - bezbarwny płyn o delikatnym, ale dość specyficznym zapachu - delikatnie kwiatowym- mnie osobiście nie przeszkadza, ale dla osób lubiących bezzapachowe kosmetyki może być drażniący. 
Działanie: Kupiłam ten produkt z myślą o demakijażu twarzy i oczu - przy codziennym makijażu nie używam kosmetyków wodoodpornych. Płyn dobrze radzi sobie z oczyszczaniem skóry - i co dla mnie najważniejsze - nie szczypie w oczy! Pozostawia na twarzy delikatną, odrobinę lepką warstwę - która po chwili znika z twarzy - jednak wiem, że dla wielu osób będzie to wadą produktu. Jest też średnio wydajny ( ze względu na rodzaj opakowania łatwo wylać za dużo płynu na wacik kosmetyczny)  - jednak za tą cenę można mu to wybaczyć.

Niestety produkt zostaje wycofywany ze sklepów - trzeba mieć dużo szczęścia, aby trafić na niego w Biedronce... Szkoda, nie do końca rozumiem czemu firmy wycofują produkty, które stają się kosmetycznymi hitami i zdobywają grono fanów.  Mam nadzieję, że wróci w nowym opakowaniu, albo będąc u rodziców uda mi się na niego trafić w sklepie wtedy zrobię zapasy! Jeśli jeszcze nie miałyście okazji go wypróbować, a zobaczycie go jakimś cudem w swojej biedronce - nie zastanawiajcie się - warto...


Edit: Będąc dziś  na zakupach w biedronce, niedaleko miejsca gdzie mieszkają moi rodzice zauważyłam, że stoi tam karton po brzegi wypełniony tym kosmetykiem. Na wszelki wypadek zrobiłam małe zapasy - ale Pani pracująca tam powiedziała, że dostają dostawy tego produktu:) Wygląda na to,że nie jest to jednak taka stracona sprawa ;D

wtorek, 16 lipca 2013

Maska eksfoliująca z keratoliną od Bandi

Moja skóra kocha maski - szczególnie te przeznaczone do skóry tłustej i zanieczyszczonej - dlatego staram się w miarę regularnie nakładać je na twarz. Na spotkaniu blogerek z Warmii i Mazur, gdzie miałam przyjemność uczestniczyć otrzymaliśmy małe podarunki od firmy Bandi - mnie przypadła
 Maska eksfoliująca z keratoliną:
"Ale o co chodzi? "- taka może być pierwsza myśl osób nieinteresujących się tematyką kosmetyczną po przeczytaniu nazwy produktu  -wypadałoby zatem trochę ją rozszyfrować. Eksfolitacja to inaczej zabieg złuszczający przy użyciu kwasów różnego rodzaju oraz o różnym stężeniu  keratolina natomiast to enzym, który usuwa martwe komórki naskórka. Producent mógł sobie jednak pozwolić na użycie takich nazw ze względu na to - że z założenia jest to kosmetyk profesjonalny - moim zdaniem nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby cieszyć się jego właściwościami w domowym zaciszu. Ale po kolei:
Pojemność/cena/dostępność: 75 ml/ 52 zł - sklep internetowy producenta z tego co wiem, można ją także zamówić w niektórych salonach kosmetycznych
Opakowanie:  Produkt otrzymujemy w kartonowym pudełeczku - nie lubię takiej formy, opakowanie i tak zaraz ląduje w koszu. W środku znajduje się plastikowy, półmatowy pojemnik wyposażony w próżniową pompkę - super, bo nie tylko kontrolujemy ilość kosmetyku, która nam jeszcze została to nie ma on kontaktu z powietrzem i tak szybko nie traci swoich właściwości, a dodatkowo w higieniczny sposób możemy zużyć produkt do samego końca
Kolor/konsystencja: Maska ma konsystencje kremu do twarzy - ja nakładam ją za pomocą pędzelka do maseczek, ale bez problemu poradzimy też sobie używając własnych dłoni. Jest biała i ma delikatny, nie drażniący zapach
Działanie: Na początek tylko dodam, że moja skóra wszelkie złuszczania, szczególnie kwasami - bardzo lubi - a jest zanieczyszczona i ma tendencje do przetłuszczania się. Po nałożeniu maseczki możemy odczuwać lekkie mrowienie - nie jest ono jednak zbyt mocne, ani nie przyjemne - po chwili uczucie znika. Dalej maska jest na twarzy niewyczuwalna - producent zaleca pozostawiać ją na twarzy około 15 minut - mnie zdarzyło się kilka razy ten czas przedłużyć (tak przyznaje - zapomniałam o niej;)) i żadnych negatywnych skutków nie zauważyłam (ale tak jak wspominałam moja skóra miała wcześniej kontakt z kwasami i jest po prostu do takiej formy przyzwyczajona). Produkt zmywamy letnią wodą. Maseczka oczyszcza naszą buzie - mnie po niej delikatnie obsypało, ale u mnie to naturalna reakcja - całe szczęście wszystko znika z twarzy szybko i ładnie się goi, dodatkowo wygładza cerę, delikatnie ją rozjaśnia. Jest wydajna - ja jestem bardzo zadowolona....
 zresztą nie tylko ja - recenzję tej maseczki widziałam też u Żurnalistki, dokładnie TU

środa, 10 lipca 2013

...

Dziś post trochę narzekaniowy - pokaże Wam buty w których zakochałam się już w lutym - kosztowały wówczas 199 zł - i stwierdziłam, że to trochę za dużo jak na buty w których jednak często chodzić nie będę. Wchodzę dziś na stronę ZARY i są dostępne na wyprzedaży we wszystkich rozmiarach w cenie...
 59,90 zł!!!



czemu w Olsztynie nie ma ZARY ;( 

poniedziałek, 8 lipca 2013

Relaksujący olejek do ciała od Pat&Rub

Kolejny produkt otrzymany na spotkaniu blogerek, który miałam przyjemność używać to
 relaksujący olejek do ciała od Pat&Rub:
Pojemność/cena: 125 ml/ 65 zł
Opakowanie: Bardzo solidne, wykonane z lekko zmatowionego szkła, na którym producent umieścił nalepkę z podstawowymi informacjami o produkcie. Co ważne posiada pompkę, która po pierwsze jest bardzo higieniczna, a co równie ważne pozwala odmierzyć odpowiednia ilość produktu. Działa sprawnie - nie zacina się. Dodatkowo mamy jeszcze plastikową nakrętkę - która zabezpiecza produkt przed rozlaniem czy nieświadomym wciśnięciem chociażby w podróży
Zapach/  kolor: Producent twierdzi, że: "pachnie relaksująco trawą cytrynową i kokosem" - cóż może mam mało wyczulony zmysł węchu, ale ja czuje tylko trawę cytrynową - co nie zmienia faktu, że zapach jak najbardziej mi się podoba - jest świeży i nienachalny - chociaż wiadomo to akurat kwestia gustu. Jak na olej przystało jest płynny - ma delikatnie żółtą barwę. 
Działanie: Produktu używam do pielęgnacji ciała - po prysznicu na jeszcze delikatnie wilgotną skórę - wmasowuje olejek w ciało - dość szybko się wchłania, pozostawiając skórę przyjemnie nawilżoną i pięknie pachnącą. Wiadomo to olejek, więc skóra będzie odrobinę tłusta musimy poczekać, aż wszystko się wchłonie ale dla mnie nie jest to większy problem. Zdecydowanie wolę taką opcję nawilżania mojego ciała... Myślę, że sprawdziłby się także do olejowania włosów - ale tego nie byłam w stanie sprawdzić, gdyż moje włosy takiej formy pielęgnacji po prostu nie lubią :) 
Podsumowując: Kolejny produkt marki, który przypadł mi do gustu, nie tylko działaniem - ale również opakowaniem i zapachem. Dodatkowym atutem jest fakt, że jest to kosmetyk ekologiczny - posiadający certyfikaty - wszystko super prawda? Ale... no właśnie, gdyby nie cena. Uważa, że jest to zwyczajnie drogi kosmetyk, przynajmniej nie na moją studencką kieszeń... więcej informacji o tym olejku znajdziecie na stronie producenta klik, tu możecie także dokonać zakupu produktów marki Pat&Rub

piątek, 5 lipca 2013

Ekstra nawilżająca szminka w odcieniu 158 od Barry M

Tak wiem - pomadki i lakiery to ostatnio najczęściej goszczące na moim blogu kosmetyki, aż dziwne bo jeszcze rok temu w mojej kosmetyczce była dosłownie jedna szminka... Teraz kolekcja zdecydowanie się powiększyła. Dziś chcę pokazać Wam 
ekstra nawilżającą szminkę w odcieniu 158 od Barry M:
Jak miałyście okazję zauważyć szminki z Barry M należą do moich ulubionych. Zawsze jednak decydowałam się na kolory ze standardowej kolekcji ( w czarnych, matowych opakowaniach) tym razem wybór padł na pomadkę z ich nawilżającej serii
Opakowanie: W tym przypadku zdecydowanie wolę szminki z podstawowej wersji. Tu mamy do czynienia z połyskującym, różowym i delikatnie opalizującym opakowaniem wykonanym z plastiku. Generalnie mocnych upadków nie przetrwa więc musimy na nie uważać. Standardowo producent umieścił na nim swoje logo i oznaczenie koloru, na zakup którego się zdecydowaliśmy
Kolor/ konsystencja: Zdecydowałam się na odcień 158 nazwany przez producenta "Coral Blush" cóż dla mnie to klasyczna, rzucająca się w oczy malina z odrobiną koralu. Zdecydowanie kolor zwracający uwagę. W porównaniu z pomadkami ze standardowej serii ten jest mniej napigmentowany - dokładnie też odczujemy różnicę w konsystencji szminek. Ta jest dużo bardziej nawilżająca, podczas nakładania wręcz ślizga się po ustach i nie daje efektu przesuszenia ust. Niemniej jednak ze względu na swoją formułę jest też mniej trwała i szybciej się zjada - dla mnie to delikatniejsza, bardziej dzienna i letnia wersja standardowych pomadek od Barry M, które genialnie sprawdzi się przy letnich wyjazdach :)
Dostępność/cena : marka dostępna jest głównie online - szminkę możecie zakupić w cenie 22,80 zł na stronie kosmetykibarrym.pl



produkt otrzymałam do testów dzięki uprzejmości sklepu internetowego kosmetykibarrym.pl nie miało to jednak wpływu na moją recenzję, która jest oparta wyłącznie na subiektywnych odczuciach. Pamiętaj, ze Twoja opinia o produkcie może być inna

poniedziałek, 1 lipca 2013

Bogaty balsam do dłoni HOME SPA od Pat&Rub

Krem do rąk to kosmetyk, który mam w każdej swojej torebce, to też stały gość na mojej szafce nocnej - o ile za balsamowaniem ciała zwyczajnie nie przepadam, tak kremować ręce po prostu lubię, albo inaczej - nie znoszę mieć suchych , nieprzyjemnych w dotyku  dłoni :) Podczas I spotkania blogerek Warmii i Mazur miałam przyjemność otrzymać
Bogaty balsam do dłoni z linii HOME SPA marki Pat&Rub 
Przyznam szczerzę, że z marką sygnowaną przez Kingę Rusin nie miałam wcześniej do czynienia osobiście - widziałam jej produkty na kilku blogach i w sumie tyle... Bardzo ucieszyłam się, że będę miała okazję przetestować je na własnej skórze:
Opakowanie: Produkt otrzymujemy w plastikowym, dość dużym opakowaniu z pompką - o ile takie rozwiązanie może być mało wygodne do torebki, tak przy używaniu stacjonarnym sprawdza się idealnie - aktualnie krem stoi w mojej łazience tuż obok mydła do rąk, aby po każdym umyciu dłoni móc je nakremować. Popka spisuje się świetnie - dozuje odpowiednią ilość kosmetyku, nie zacina się i przede wszystkim jest higienicznym rozwiązaniem. Jestem jak najbardziej na tak :) Na zielono - fioletowej naklejce producent umieścił wszelkie podstawowe informacje odnośnie produktu - mamy możliwość kontroli ile produktu nam jeszcze zostało - ze względu na to, że wspominana wyżej nalepka nie zakrywa całego opakowania, a sam plastik jest przeźroczysty - dobrze, nie lubię być zaskakiwana końcem produktu.
Konsystencja/ kolor/zapach: Delikatne żółty krem ma dość gęstą bogatą konsystencję. Mimo to dość szybko się wchłania - początkowo pozostawiając na skórze delikatny warstwę ochronną. Wiem, że wiele osób tego po prostu nie lubi - dla mnie jednak to żaden problem, szczególnie iż dłonie po zastosowaniu tego produktu nie kleją się. Produkt ma dość intensywny zapach - mnie przypomina trawę cytrynową - jest przyjemny, nie drażniący i dość długo wyczuwalny na dłoniach. Wydajny - opakowanie wystarczy na 3-4 miesiące codziennego używania.
Działanie: Krem sprawdza się na moich dłoniach dobrze - są nawilżone, przyjemne w dotyku - niestety często po kilku godzinach od ostatniej aplikacji mam wrażenie przesuszenia skóry. Sam producent twierdzi, że produkt możemy stosować też jako maseczkę - nakładając go grubszą warstwą na noc i zakładając rękawiczki ochronne - przyznam, że nie stosowałam tego rozwiązania, bo nie lubię spać w rękawiczkach - dotychczasowe próby kończyły się gubieniem ich w nocy :) 
Pojemność/ cena: 100 ml / 55 zł
Podsumowując: Bardzo sympatyczny produkt, który uwiódł mnie swoją pompką - samo działanie też jak najbardziej jest okej, niestety cena - jak dla mnie zaporowa. Rozumiem, że jest wykonany z naturalnych składników - ale mimo to jest to produkt zdecydowanie nie na moją studencką kieszeń. Jeśli uda mi się do kiedyś spotkać taniej - podejrzewam, że dokonam zakupu, ale przy standardowej cenie będę musiała niestety z niego zrezygnować

Więcej informacji o tym produkcie znajdziecie na stronie producenta: KLIK - tu możecie też dokonać zakupu produktów marki 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...