czwartek, 31 października 2013

Fiemoo(we) okulary

Całkiem niedawno dotarła do mnie kolejna para okularów od Firmoo.com - poprzednią parę mozecie zobaczyć klikając TU. Tym razem zdecydowałam się na brązowe okulary - z motywem przypominającym panterę. Niedługo prezentacja na nosie :D a teraz wyjeżdżam do Rodziców :)


poniedziałek, 28 października 2013

Intensywny zabieg złuszczający do stóp czyli skarpetki od Cosmabell - czy warto?

Produkty tego typu gościły już na wielu blogach - i to właśnie u innych dziewczyn wypatrzyłam je po raz pierwszy. Przyznam szczerze, że bardzo mnie zaciekawiły - producent w końcu obiecuje nam jedwabiście gładkie stopy w 7 dni. Gdy zatem odezwała się do mnie firma Cosmabell z propozycją przetestowania ich peelingujących skarpetek nie wahałam się ani chwili...

Produkt otrzymujemy zapakowany w  kartonowe pudełko - na nim umieszczone zostały wszelkie informacje odnośnie samego zabiegu.  Po jego otworzeniu widzimy foliowe opakowanie, gdzie znajduje się już docelowy produkt... Na jednym i drugim powtórzono informację o sposobie wykonania zabiegu - dobry pomysł, dla zapominalskich :) Byłam bardzo ciekawa, jak wygląda ten owiany tajemnicą produkt, a to zwyczajny kawałek folii w kształcie przypominającym wielkie skarpety - w nich materiał przypominający gazę bardzo mocny nasączony produktem, zresztą sami zobaczcie:
Aby dostosować rozmiar "skarpet" do swoich stóp producent dołączył samoprzylepne tasiemki - widoczne na zdjęciu w postaci żółtego paska... Mam nóżki w rozmiarze 39/40 i bez problemu udało mi się je założyć - jestem jednak przekonana, że szczególnie mężczyźni z dużo większą stopą mogą mieć z tym kłopot...
Może teraz kilka słów o samym sposobie przeprowadzenia zabiegu:
Cały zabieg przeprowadziłam zgodnie z instrukcją - muszę przyznać, ze skarpety były bardzo mocno nasączone płynem - zgodnie z zaleceniami producenta nałożyłam na nogi jeszcze grube wełniane skarpety i siadłam do oglądania ulubionego serialu ( też polubiliście Lekarzy?) - i tak minęły 2 godziny... Potem zmyłam resztki mazi ze stóp i czekałam na efekty
Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć dni i NIC !! - aż w końcu zaczęło się szóstego dnia.... Skóra zaczęła delikatnie pękać na piętach, i wierzchniej części stóp a potem w przeciągu kolejnych 4 dni po prostu złaziła płatami - efekt porównywalny do mocnego przesadzenia z opalaniem... I duże wyzwanie dla wszystkich uzależnionych od dłubania i zrywania - bo procesu złuszczania nie powinno się przyśpieszać - czytaj co ma zejść zejdzie samo :)


Moje wrażenia: Zdecydowałam się na wykonanie zabiegu w czwartek, ponad tydzień przed weselem na które się wybierałam - liczyłam na piękne i gładkie stopy w 7 dni, niestety u mnie czas złuszczania znacznie - bo prawie dwukrotnie się przedłużył i na imprezie byłam z nogami jak jaszczurka :) - całe szczęście ukryłam je w czarnych rajstopach... Dlatego dziewczyny uwaga, przed ważnymi okazjami polecałabym zrobienie go dużo wcześniej. Po złuszczaniu skóra rzeczywiście była bardzo gładka - nie jestem w stanie uzyskać takiego efektu przy użyciu zwykłego pumeksu i peelingów do stóp, a na profesjonalnym pedicure nigdy nie byłam, więc nie mam porównania...Faktycznie usuwa zatem stary,szorstki i martwy naskórek... Jestem ciekawa jak długo utrzyma się efekt - jak narazie jestem z niego całkiem zadowolona.... Cena co prawda nie jest niska, chociaż wiem,że niektóre marki oferują produkt o podobnym działaniu drożej...

Skarpety możecie zakupić TU w cenie 79 zł 

czwartek, 24 października 2013

Hipoalergiczne masło do ciała od Pat&Rub

Przyszedł czas na recenzję kolejnego kosmetyku otrzymanego już prawie miesiąc temu w paczce od Pat&Rub - firma w ten sposób podarowała nam upominki z okazji dnia blogera. Do minie trafiło między innymi właśnie to Hipoalergiczne masło do ciała 
Pojemność/cena/dostępność: 250 ml/ 69 zł/ sieć perfumerii Sephora oraz strona internetowa producenta klik
Opakowanie: Bardzo lekkie, plastikowe, półmatowe - do którego przyklejono naklejki z podstawowym opisem kosmetyku - generalnie ładne, ale nic specjalnego. Nie ma pompki w związku z czym sposób aplikacji nie jest do końca higieniczny i nie każdemu może odpowiadać - ja w sumie nie mam nic przeciwko - chociaż nie powiem pompką bym nie pogardziła :) 
Konsystencja/zapach: Biały krem, którego konsystencję producent porównuje do "tortowego kremu" i w sumie coś w tym jest. Ja byłam przyzwyczajona do konsystencji porównywalnej z masłami do ciała od The Body Shop - ta jest zupełnie inna. Delikatniejsza, rzadsza dzięki czemu produkt szybciej się wchłania i łatwiej rozprowadza - muszę przyznać, że bardzo przypadła mi do gustu. Zapach dość delikatny, ale wyczuwalny - mnie przypomina kosmetyki skierowane dla dzieci - mojej współlokatorce - męskie perfumy... Wyczuwalny na ciele, ale nie utrzymuje się zbyt długo...
Krem sprawdził się na mojej skórze, ładnie koi, nawilża. Fajnie, ze Polskie marki potrafią stworzyć tak dobrej jakości produkty, niestety jak w przypadku innych produktów tej firmy cena jest zwyczajnie mówiąc wysoka... Nie stać mnie na balsamy za 70 zł, a szkoda, bo produkt jest rzeczywiście godny polecenia.... 


wtorek, 8 października 2013

Nowość - intensywny zabieg złuszczający do stóp - czyli skarpetki od Cosmabell


Dostałam niedawno propozycję przetestowania skarpetek peelingujących od firmy Cosmabell. Zgodziłam się, bo słyszałam o podobnym produkcie z innej firmy i muszę przyznać, że potwornie mnie zaciekawił. Więcej o całym zabiegu możecie przeczytać na stronie producenta klik -
 tu możecie też zakupić skarpetki w cenie 79 zł  - ja sama niedługo biorę się za testowanie :)

Czy któraś z Was miała może do czynienia z takim cudem? Polecacie?

poniedziałek, 7 października 2013

Odgonić jesień - Barry M Gelly Nail Effects odcień Satsuma

Mam dziś dla Was post lakierowy, choć dawno nie pokazywałam Wam żadnych nowości tego typu - głownie dlatego, że używałam odcieni, które mieliście już okazję oglądać na moim blogu. Tym razem nowość w mojej kolekcji Barry M Gelly Nail Effects w kolorze Satsuma:
Pojemność/cena/dostępność: 10 ml / około 20 zł / głównie online np Tu
Opakowanie: Szklane, kwadratowe, solidnie wykonane - napisy pozostają na swoim miejscu, srebrna zakrętka, która niestety jest ciężka do utrzymania w czystości, bo odbijają się na niej ślady palców, dla mnie w sumie to jednak żadna wada. Pędzelek standardowy - dość wygodny. Generalnie nie mam zastrzeżeń 
Kolor: Wyraźny, można nawet powiedzieć, że nonowy - do tego specyficzny - nie jest to bowiem klasyczny pomarańcz - czasem, zależnie od światła potrafi wpadać w pomidorową czerwień - zdjęcie oddaje realny kolor lakieru 
Formuła/trwałość: Według producenta lakier daje wykończenie porównywalne z paznokciami żelowymi, które dość mocno błyszczą - faktycznie może coś w tym jest, chociaż jesteśmy w stanie uzyskać podobny efekt korzystając z dobrego lakieru nawierzchniowego. Dodatkowo lakier ma inną, niż standardowy konsystencję, jest bardziej gęsty - dzięki czemu nie rozlewa się tak łatwo po skórkach. Nie mniej jednak nie pozwala na nałożenie tak cienkiej warstwy produktu. Na trwałość też nie mogę narzekać - u mnie trzyma się około 4 dni - przy czym nie odpryskuje, a jedynie ściera się na końcówkach i jest bardziej matowy. Nie gryzie się z produktami bazowymi i topami innych marek. 

DO 13.10.2013 r - dokonując zakupów na www.kosmetykibarrym.pl możecie liczyć na 25% zniżkę na cały asortyment sklepu - wystarczy użyć kodu "barrym" 


Weź udział w moim rozdaniu klik

sobota, 28 września 2013

Otulający balsam do rąk od Pat&Rub

Przygodę z balsamami do rąk marki Pat&Rub rozpoczęłam już jakiś czas temu, co mogliście zauważyć chociażby w tym poście - gdy otrzymałam kolejny tego typu produkt byłam bardzo zadowolona - to w końcu świetna okazja do wyrobienia sobie opinii i porównania produktów. Tym razem używałam 
Otulający balsam do rąk 
Pojemność/cena/dostępność: 100 ml/  około 45 zł/ perfumerie Sephora oraz sklep internetowy producenta klik
Opakowanie: Marka pozostaje wierna jednemu wzorowi opakowań w przypadku balsamów do rąk - i bardzo dobrze, bo forma ta jak najbardziej mi odpowiada. Plastikowe, dość duże, z pompką, pozwala kontrolować ile produktu zostało w środku - niestety trochę mało praktyczne przy używaniu poza domem - jednak w wersji "stacjonarnej" jak najbardziej na plus. Pompka działa bez zarzutu - nie zacina się, dozuje odpowiednią ilość kosmetyku no i jest higieniczna. Na etykiecie podstawowe informacje o produkcie wraz ze składem balsamu.
Konsystencja/zapach: Biały krem o dość lekkiej konsystencji - szybko się wchłania, pozostawiając na chwilę na skórze wyczuwalny film - nie trwa to jednak zbyt długo, więc osoby nie lubiące takiego efektu nie powinny się zrażać. Producent opisuje zapach jako połączenie karmelu, cytryny i wanilii - dla mnie jednak to zapach przypominający ciasteczka korzenne, na które nałożono startą skórkę z cytryny - CUDOWNY - szkoda, ze internet nie daje możliwości przekazywania zapachu, bo rzeczywiście ciężko go opisać. Nie jest to jednak zapach, który spodoba się każdemu - nie radziłabym więc kupować go w ciemno, szczególnie jeśli nie przepadacie za zapachami przypominającymi cynamon czy zapachy korzenne...
Podsumowując:  Kremik pochodzi z edycji limitowanej - trochę szkoda, osoby którym zapach zdecydowanie przypadł do gustu mogą być zawiedzione. Co więcej seria otulacjąca zawiera więcej kosmetyków - scrub i masło do ciała. Z ich działanie jestem jak najbardziej zadowolona, nawilża i pachnie więc jest bardzo okej :D Niestety cena trochę przeraża, 45 zł za krem do rąk to jak dla mnie dużo, a powiem nawet że bardzo dużo - w standardowej cenie na pewno bym go nie kupiła - ale w promocji, chociażby ze względu na zapach jak najbardziej. Jeśli macie okazję polecam udać się do Sephory i chociażby powąchać ten krem...

A Wy miałyście okazję używać kosmetyki z tej serii?


 przypominam o rozdaniu trwającym na moim blogu - więcej informacji znajdziecie TU

piątek, 27 września 2013

Rozdanie z marką Blistex

Po krótkim urlopie wracam do blogowania - mam dla Was niespodziankę - zestaw balsamów do ust marki Blistex. W skład każdego zestawu wchodzi:
1. Blistex MedPlus klik
2. Blistex Intensive klik
3. Blistex Conditioner klik
wszystkie produkty są oczywiście nowe, orginalnie zapakowane:) 
Warunki:
1. Musisz być publicznym obserwatorem mojego bloga ( 1 los)
2. Możesz udostępnić informacje o rozdaniu na swoim blogu (1 los) lub dodać mój blog do blogrolla 
3. Zostaw komentarz pod tym wpisem w którym zamieścisz informacje:

Obserwuje jako......
adres meilowy......
Notka o rozdaniu TAK/NIE (link) 
Blogroll TAK/NIE (link)

4. Rozdanie trwa do 10.10.2013
5. Zabawa nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz.U. z 2004 roku Nr 4 poz. 27 z późniejszymi zmianami) 

sobota, 7 września 2013

Baza pod cienie, a może cień w kremie? - Sigma w odcieniu "Pose"

O marce Sigma - słyszałam, a właściwie czytałam dużo na innych blogach. Kojarzyła mi się głównie w pędzlami do makijażu - które wiele dziewczyn bardzo chwaliło. Sama niestety wcześniej nie miałam zupełnie z nią do czynienia - chociaż nie powiem, kusiło... Dlatego gdy dostałam propozycję współpracy z ich marką bez zastanowienia się zgodziła... Otrzymałam prezent, niespodziankę - jakim była baza pod cienie do powiek w odcieniu "Pose"
Cena/pojemność/dostępność: 13$ / 5 gram / sklep internetowy Sigma klik
Opakowanie: Produkt dociera do nas w kartonowym opakowaniu - w środku znajdujemy mały, plastikowy słoiczek z czarną nakrętką - muszę przyznać, że wygląda bardzo elegancko. Na czarnym wieczku widzimy logo firmy, po jego odkręceniu mamy plastikowe zabezpieczenie z małym "listkiem", który ma ułatwić nam jego zdejmowanie (środkowe zdjęcie). Samo opakowanie jest dużo większe, niż ilość produktu, który znajdujemy wewnątrz - takie małe działanie na psychikę konsumenta, któremu może wydawać się w pierwszym momencie, że kosmetyku jest dużo więcej... Nazwa koloru, który posiadamy znajduje się zarówno na kartoniku jak i z tyłu słoiczka. Niestety opakowanie może być problematyczne dla osób z długimi paznokciami - otwór przez który wydobywamy bazę, jest bowiem dość mały dlatego też ciężko nałożyć go opuszkami palców
Kolor: "Pose" to ciemny, opalizujący na fiolet lub miedź (zależnie od światła),  brąz, kolor dość uniwersalny, aczkolwiek dość ciemny dlatego też przy dziennym makijażu dla osób, które preferują raczej delikatny make up zupełnie się nie sprawdzi - przy wieczorowych malowaniach to jednak już super opcja. Intensywność koloru można stopniować w zależności od ilości nałożonego produktu...
Konsystencja: Kosmetyk to mus, który bezproblemowo rozprowadza się na powiece - jednak uwaga, trzeba to robić dość szybko - ponieważ po chwili zastyga - i ciężko już go rozsmarować...
Działanie: Producent nazywa produkt bazą pod cienie - i właśnie w takiej roli zaczęłam go stosować - ułatwia pracę, bo stanowi jednocześnie cień bazowy - jednak jej odcień, nie pozwala na wykonie bardzo delikatnych, dziennych makijaży. W przypadku moich bardzo tłustych powiek, też nie do końca sobie poradził gdyż cienie po 4-5 godzinach zaczynały rolować się w załamaniu powieki. Dlatego też zaczęłam stosować ten produkt jako cień w kremie - i w tej roli spisuje się już idealnie - przy wykonywaniu mocniejszego makijażu - nakładam najpierw bazę pod cienie innej marki, a dopiero potem kosmetyk Sigmy - dzięki temu otrzymuje dobrą trwałość makijażu... Jest wydajny, bo nawet niewielka ilość wystarczy na pokrycie całych powiek - nie uczulił mnie - co również uważam za duży plus. Generalnie bardzo fajny produkt, chociaż nie do końca sprawdzający się w sposób sugerowany przez producenta.... 













wtorek, 3 września 2013

Moja nowa letnia miłość...

Krem, o którym wiele słyszałam - a w zasadzie czytałam na innych blogach, ale zawsze nie było mi do niego "po drodze", bo w łazience czekały inne zapasy, albo trafiło mi w ręce coś innego. Aż w końcu przy okazji jeszcze przed wakacyjnych zakupów - ujrzałam go w Rossmanie i postanowiłam zaryzykować. Teraz już wiem, że to był dobry wybór,ale po kolei...  Mowa oczywiście o 
Antybakteryjnym kremie matującym z serii Siarkowa Moc
Cena/Pojemność/Dostępność: Około 15-17 zł/ 50 ml / Drogerie i supermarkety - generalnie bez większego  problemu 
Opakowanie: Krem zapakowany w kartonowe pudełko - tak jak wiele razy pisałam, bardzo tego nie lubię - w końcu i tak praktycznie od razu trafia do kosza, a producent byłby bez problemu w stanie umieścić wszelkie niezbędne informacje na właściwym słoiczku, ale nieważne... Krem otrzymujemy w plastikowym, pomarańczowym, neonowym słoiczku z białą nakrętką. Fajnie, ze producent zadbał o zabezpieczanie przed ciekawskimi klientami i pomyślał o folii zabezpieczającej.  Wiele osób nie przepada za taką formą - wiadomo jest mniej higieniczna niż pompka, mnie to jednak aż tak bardzo nie przeszkadza... 
Kolor/konsystencja/zapach: To tak naprawdę biała dość gęsta pasta, o zbitej (jak na krem) konsystencji - zapach zdecydowanie nie jest atutem produktu - chemiczny przypominający mi detergenty - całe szczęście dość szybko się utlenia i nie jest już wyczuwalny na skórze.
Niewielka ilość wystarczy, aby pokryć nim całą twarz. Ważne, aby aplikować go na suchą skórę - przy wilgotnej mogą pojawić się problemy z rozprowadzeniem produktu. Dość szybko się wchłania i pozostawia lekko pudrowe, raczej matowe wykończenie. 
Działanie: Ten krem faktycznie działa - działanie matujące jest bardzo widoczne! Okazał się moim wybawieniem przy panujących upałach - bo był w stanie przedłużyć trwałość mojego makijażu. Nie pojawiły mi się po nim żadne nowe niespodzianki, a powiedziałabym nawet, że ich ilość się zmniejszyła - co jest bardzo na plus. Krem jednak nie ma właściwości nawilżających - także osoby ze skórą skłonną do przesuszeń uwaga - obecnie stosuje go tylko na dzień, gdzie zależy mi na matowym wyglądzie skóry - na noc nakładam na moją buzie coś bardziej odżywczego, aby uniknąć jej przesuszenia... 



sobota, 31 sierpnia 2013

Wygląd dnia zainspirowany Zmalowaną...


Dziś chce pokazać Wam mój dzisiejszy wygląd dnia - zainspirowany Zmalowaną, a właściwie jej lookiem w filmiku odnośnie sierpniowego glossy box KLIK, Jej wygląd w tym filmiku bardzo mi się podoba - postanowiłam więc odkopać z dna szafy bluzkę w poziome paski - którą nosiłam kilka sezonów temu. Sam makijaż jest bardzo prosty - ukrycie niedoskonałości, podkreślone brwi i bardzo delikatny makijaż oka - jedyny mocniejszy akcent to usta, w tym przypadku moja ukochana pomadka z Barry M w odcieniu 145, którą pokazywałam Wam na blogu już wcześniej tutaj

kliknij w zdjęcie, aby je powiększyć :)
Jak Wam się podobają tego typu posty? 

piątek, 30 sierpnia 2013

W trosce o usta... Blistex

Praca w klimatyzowanym pomieszczeniu, słońce, a także skłonność do ciągłego oblizywania ust sprawiają, że często mam z nimi problem. Suche i popękane nie wyglądają dobrze - wiadomo - dlatego staram się mieć przy sobie zawsze pomadkę nawilżającą. Mała rzecz, a potrafi dużo zmienić - dlatego zaglądając do moich torebek, w każdej znajdziecie tego typu produkt. Mam ich naprawdę sporo. Jakiś czas temu dostałam propozycję przetestowania produktów marki Blistex - jako, że z marką do czynienia wcześniej zupełnie nie miałam, chętnie podjęłam współpracę. I tak trafiły do mnie dwa produkty:

1. Pomadka w sztyfcie MedPlus - zalecana do codziennego stosowania dla osób ze skłonnością do nadmiernego wysychania ust:
Klasyczna forma sztyftu bardzo przypadła mi do gustu, jest mały poręczny - w sam raz do torebki. Pozostawia na ustach przyjemną, ochronną warstwę i daje delikatne uczucie chłodzenia . Mimo, że w opakowaniu produkt ma zółtawy odcień - na ustach jest zupełnie niewidoczny - spokojnie nadaje się więc do używania " w ciemno" bez lusterka. Ma przyjemny, dość słodki zapach i delikatnie mentolowy smak.  Zawiera SPF 15 - nie za duży, ale jednak to jakaś dodatkowa ochrona ust w czasie upałów. Trzeba jednak uważać, bo produkt lubi się "topić" dlatego przy dużych temperaturach nie polecam wykręcać dużej ilości produktu - gdyż zwyczajnie się złamię. Dostępny w aptekach  i drogeriach w cenie około 10-15 zł.

2. Balsam INTENSIVE - zapewnia natychmiastową pomoc nawet najbardziej spierzchniętym i popękanym ustom. Jest on także polecany dla osób, które cierpią na opryszczkę wargową.
Tu konsystencja jest zupełnie inna. Produkt to tak naprawdę biały krem, zamknięty w małym poręcznym opakowaniu z dziubkiem. Przy aplikacji trzeba uważać, aby nie osiągnąć efektu białych ust - wystarczy odrobinka, aby pokryć całe wargi. Dodatkowo ma dość lekką konsystencję i w miarę szybko się wchłania. Ma jednak bardzo intensywny zapach - pomieszanie kamfory z mentolem, który dla mnie jest po prostu nie do zniesienia. Wiem, że nie dla każdego to będzie wada - mi jednak pod tym względem nie odpowiada na tyle, że nie byłam w stanie go używać. Dodatkowo produkt ma tendencję do rozwarstwiania się, dlatego warto przed użyciem dobrze go wstrząsnąć. Kosmetyk trafił do mojej mamy - jej zapach zupełnie nie przeszkadzał (nie wiem w kogo jestem taka wrażliwa ;)) - jest z niego zadowolona, mocno nawilża i daje uczucie ukojenia - niedługo będzie mogła wypróbować go lepiej, bo jesień to u Niej sezon na opryszczkę - zobaczymy jak wtedy da radę... W każdym razie, jeśli będziecie mieć okazję, proponuję najpierw sprawdzić, czy odpowiada Wam jego zapach :) 


czwartek, 29 sierpnia 2013

Venita - Balsam rozświetlający

Dziś kilka słów o kolejnym produkcie, który trafił do mnie dzięki współpracy z portalem depilacja.edu.pl - tym razem, dla odmiany nie związany z depilacją :)  Przed Wami Balsam rozświetlający marki Venita:

Pojemność/cena/dostępność: 200 ml / około 10 zł / hipermarkety i drogerie - szczególnie te mniejsze, osiedlowe
Opakowanie: Złota plastikowa tubka - która już samym wyglądem ma sugerować nam jakie jest przeznaczenie produktu.  Napisy z biegiem czasu pozostały na swoim miejscu - a to niewątpliwie wielki plus.Ogólnie mówiąc jest praktyczne, ale ani nie powala - ani nie szpeci. W każdym razie w tej kwestii nie mam mu nic do zarzucenia.
Konsystencja/kolor/działanie: Biały, dość rzadki krem naładowany delikatnymi złotymi drobinkami - producent sugeruję nakładanie niewielkiej ilości produktu - i ma racje - wystarczy odrobina, aby rozświetlić nasze ciało. Drobinki wyglądają cudnie na opalonej skórze - i właśnie w taki sposób zazwyczaj produkt stosowałam - nakładając przed wyjściem na opalone nogi. Dość długo się wchłania - poza tym efekt nawilżenia jest bardzo słaby - ale też nie tego oczekujemy od produktu. Jest to w końcu balsam rozświetlający i co jak co - ale rozświetla całkiem dobrze. Efekt nie spodoba się wszystkim - jeśli macie bardzo bladą karnację, bądź nie lubicie na swoim ciele drobin- to nie jest produkt dla Was.


piątek, 23 sierpnia 2013

Venita Natural krem do depilacji dla skóry wrażliwej

W ostatnim czasie w internecie zrobiło się głośno o akcji kobiet, które postanowiły porzucić depilację i pozostawić się w wersji naturalnej - cóż to jednak zdecydowanie nie dla mnie. Depilacja to dla mnie nie tylko kwestia estetyczna co i higieniczna. Metod usuwania zbędnego owłosienia przetestowałam wiele, tym razem dzięki depilacja.edu.pl miałam okazję przetestować krem do depilacji przeznaczony dla skóry wrażliwej z firmy Venita Natural :


Pojemność/cena/dostępność:  100 ml/ około 10 zł/ drogerie i supermarkety
Opakowanie: Biała plastikowa tubka z nakrętką - nic specjalnego, ale też nie razi po oczach. Dodatkowo producent dodał praktyczną szpatułkę - wykonaną z przezroczystego plastiku - która nie tylko ułatwia nakładanie produktu, ale i sam proces depilacji. Dodatkowo producent włożył kosmetyk w kartonowe pudełko, które w moim przypadku wylądowało w koszu zaraz po wykonaniu zdjęć ;)

Zapach/konsystencja: Nie oszukujmy się - tego typu produkty zwyczajnie śmierdzą - i ten nie jest w tym przypadku wyjątkiem . Ciężko ten zapach do czegoś porównać - bo jest bardzo chemiczny i specyficzny - każda, która miała styczność z podobnymi produktami pewnie wie co mam na myśli. Ja jestem w stanie go wytrzymać, chociaż  to nic przyjemnego. Konsystencja kremu, w kolorze białym - bez problemu rozprowadza się na skórze.
Działanie: Producent zaleca nałożenie grubej warstwy kremu i jego zmycie po około 3 minutach - w tym czasie moje włosy nie zostały nawet ruszone - na taką opcję też jest metoda. Na opakowaniu widzimy informację, że czas działania produktu możemy wydłużyć do około 5 minut. Jestem brunetką moje włosy są ciemne i silne w związku z tym w tym czasie często nie jestem w stanie pozbyć się wszystkich włosków - szkoda, bo pozostawienie kremu na skórze na dłużej delikatnie mnie podrażniło... Stosowałam ten krem na nogi, pachy i okolice bikini - denerwuje mnie jego długi czas działania, bo stoimy wysmarowane kremem i praktycznie nie możemy normalnie funkcjonować. Pozwala jednak uniknąć podrażnień - szczególnie w delikatnych okolicach bikini (jeśli jest trzymany przez sugerowany na opakowaniu czas). I na te okolice zamierzam go dalej stosować. Wydajność zależy oczywiście od obszaru, który chcemy wydepilować. Przy nogach, pachach i bikini wystarczyłby w moim przypadku na jakieś 3 aplikacje. Czyli jak za tą cenę wypada całkiem nieźle...

wtorek, 13 sierpnia 2013

Lista chciejstw


Mam ostatnio ogromną ochotę na zakupy - tym razem bardziej ciuchowe niż kosmetyczne. Będąc ostatnio w galerii wpadło mi w oko parę rzeczy, podobnie przy przeglądaniu ofert sklepów internetowych jesteście ciekawi co wpadło mi w oko? Zapraszam


1. Zwykły klasyczny sweterek - taki delikatny oversize wykonany z miękkiej dzianiny. Będzie idealny na chłodne wieczory i jesienne dni (buuu to już tak niedługo) - potrzebne mi dwa - biały i czarny. Ten widoczny na zdjęciu pochodzi z HM klik i jest tam dostępny w cenie 79,90
2. Parka - ta kurta chodzi za mną już rok! I jestem pewna, że w tym sezonie będzie już moja - oczywiście w kolorze khaki - może być delikatnie dłuższa z tyłu - i co ważne chciałabym, aby była już delikatnie ocieplana - bo takich cienkich kurteczek już kilka mam - kolejna rzecz z HM klik tym razem droższa 279 zł
3. Dżersejowa sukienka - nie wiem czy konkretnie taka, w każdym razie niezobowiązująca, taka dość luźna, ale taliowana, którą będzie można nosić do grubych rajstop - nie wiem czemu, ale myślami już szykuje swoja szafę na chłodniejszy czas - również HM klik - w cenie 59,90
4. Torba Zara - bardzo lubię torby z tej sieciówki- świetnie się noszą (niestety niektóre modele trochę rysują- ale jakoś mocno mi to nie przeszkadza) podoba mi się w nich również to, że są wykonane ze sztywnego tworzywa w związku z tym nie zmieniają kształtu - niezależnie od tego czy są puste czy wypchane do granic możliwości - mam brązową i czarną - brakuje mi teraz czegoś w łączonych barwach - ale mimo to nadal uniwersalnych - tą którą widzicie na zdjęciu, możecie dokładniej obejrzeć na stronie sklepu klik - na jej zakup jednak chyba się nie zdecyduje, bo cena 329 zł jest trochę zbyt wygórowana, a ja mam wiele innych wydatków 
5. Kalosze - pogoda często płata figle i dochodzi do sytuacji, że wychodząc rano do szkoły czy pracy nie mam odpowiednich butów. Nie wstawiłam Wam tu Hunterów, choć wcale nie mówię, że nie chciałabym ich mieć - ale to zupełnie nie moja półka cenowa - zadowolę się zwykłymi krótkimi kaloszkami no name - wyglądającymi jak sztyblety. Robiłam już małe rozeznanie i najkorzystniej cenowo wypadają w tym sklepie internetowym klik gdzie wypatrzyłam je za 59,90 zł
6. Złoty naszyjnik - jeszcze się swojego nie dorobiłam a chyba najwyższa pora - fajnie wygląda do wszystkich prostych stylizacji - ten ze zdjęcia to także HM klik do nabycia w cenie 39,90 zł



Jak podoba Wam się ten post? Czy jest dla Was interesujący - a może lepiej darować sobie tworzenie tego typu list w przyszłości? Czekam na Wasze odpowiedzi w komentarzach... Jestem też niezmiernie ciekawa co znalazło się na Waszych listach przedmiotów, które chcecie mieć...

Sally Hansen Instant Cuticle Remover

Skórki wokół paznokci to problematyczna sprawa - wie o tym każda dziewczyna, która wykonuje manicure w domu. Ja osobiście nie lubię i nie umiem bawić się w cążki do ich wycinania - poza tym istnieje przekonanie (pewnie słuszne), że taki sposób zwyczajnie je wzmacnia - a nie o to w końcu chodzi. Zawsze można je odsuwać - jest to jednak wersja wymagająca ogromnej systematyczności - a z tym niestety bywają u mnie problemy. Na recenzję tego produktu trafiłam u Niecierpka (klik) i sama postanowiłam w niego zainwestować. Powiem Wam jedno - najlepszy paznokciowy zakup mojego życia :D Mowa oczywiście o 
Sally Hansen Instant Cuticle Remover:

Cena/pojemność/dostępność: od 10 do 30 zł/ 29,5 ml / drogerie internetowe i stacjonarne - przy czym w internecie możemy dostać go w dużo bardziej atrakcyjnej cenie
Opakowanie: Produkt otrzymujemy w kartonowym pudełeczku - gdzie producent umieścił wszelkie informacje informacje odnoście produktu (ja swój zamawiałam na allegro - jest to produkt z rynku amerykańskiego więc próżno szukać rodzimego języka) - opakowanie oczywiście trafiło do kosza tuż po zrobieniu zdjęć - sam kosmetyk został umieszczony w plastikowej, błękitnej  tubce - zakończonej "dziubkiem" przez co mamy możliwość precyzyjnego nałożenia produktu. Zabezpieczony tradycyjną zakrętką. 
Konsystencja: Produkt w formie żelu - dzięki czemu nie spływa po nałożeniu - jest bezbarwny - jakiegoś szczególnego zapachu nie wyczuwam.
 Działanie:  Produkt wg producenta aplikujemy na 15 sekund - przydadzą się tu drewniane patyczki przy użyciu których będziemy mogły delikatnie nasze skórki odsunąć, a potem nadmiar produktu zmyć ciepłą wodą. Ja przyznam szczerze, ze nakładam ten produkt na dużo dłużej - moje skórki są jednak dość twarde i oporne. Ważne, aby nie nakładać go na podrażnioną skórę - wszelkiego rodzaju zacięcia mogą nas po prostu bardzo piec. Jeśli macie skórę bardzo wrażliwą - też nie polecam zostawiania tego kosmetyku na dłużej ( zresztą właściwy czas jest chyba kwestią indywidualną wypracowaną na zasadzie prób i błędów)  - co najważniejsze działa! Pomógł mi usunąć skórki zarastające moją płytkę paznokcia - także te drobne i delikatne, tak ciężkie do usunięcia w inny sposób - dodatkowo nie przesuszając ich. Ja jestem nim zwyczajnie zachwycona - jest wydajny więc jestem pewna, że na stałe zagości w mojej kosmetyczce :) 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Chwalę się :D + niespodzianka dla Was

Zapomniałam Wam się pochwalić - zostałam ambasadorką marki Carmex - trafiła do mnie paczuszka z produktami firmy (niestety nie obyło się bez drobnych problemów spowodowanych oczywiście przez ukochaną Pocztę Polską) - ale nie ważne - testowanie trwa :
Z Carmexem miałam do czynienia już wcześniej - nie mniej jednak teraz mogę poznać cały asortyment firmy - a poznawać nowe kosmetyki zdecydowanie lubię :D 
Spokojnie mam też coś dla Was 
Więcej informacji oczywiście na moim facebooku - tam też możecie brać udział w zabawie. Jeśli chcecie być na bieżąco serdecznie zapraszam do polubienia :

niedziela, 11 sierpnia 2013

Zakryj się - kółko kamuflaży od Kryolan

Każda, no dobra może prawie każda z nas ma coś do ukrycia - rozszerzone naczynka, blizny, wypryski, plamy pigmentacyjne - ja w tej kwestii też nie jestem wyjątkiem. Długo szukałam produktu, który spełni moje wymagania i w końcu wybrałam kółko kamuflaży Kryolan ( odcień special filling):

Cena/pojemność/dostępność: około 65 zł/ 40 gram / głównie internet oraz targi kosmetyczne 
Opakowanie: Plastikowe opakowanie w formie koła, podzielone na przegrody, w których producent umieścił kamuflaże o różnych odcieniach - są one od siebie odgrodzone plastikową przegrodą w związku z tym nie łączą się i nie mieszają ze sobą. Z przodu przezroczysta nakrętka z logiem firmy, które jak widać z upływem czasu delikatnie się wyciera - a samo otwieranie może czasami stanowić problem chociażby przy wilgotnych dłoniach. Z tylu producent umieścił informacje o składzie (uwaga parafina!) - tu jednak napisy zostają w nienaruszonym stanie. 
Kolor/konsystencja: Produkt dostępny jest w różnych wariantach kolorystycznych, który możemy wybrać sobie zależnie od naszych potrzeb czy karnacji. Ja zdecydowałam się na odcień special filling, który zawiera jeden kamuflaż w odcieniu delikatnej zieleni (przydatny przy zakrywaniu czerwonych miejsc na naszej twarzy) jeden o barwie zółtej ( do zakrywania przebarwień w odcieniach fioletu) oraz 4 warianty bardziej cielistych odcieni - z czego jeden jest szaro-oliwkowy - a o taki kolor bardzo trudno.Będzie to także zaletą jeśli wykonujemy makijaże na innych - bo niewątpliwie jest to produkt uniwersalny. Mają gęstą konsystencję - jak na kamuflaż przystało - mogę porównać ją jedynie z pastą cynkową (może komuś z Was ułatwi to wyobrażenie jej sobie) pod wpływem ciepła stają się bardziej plastyczne.
Działanie: Produkt bardzo ciężki i mocno kryjący - wystarczy odrobinka, aby wykonał swoje zadanie. Niezmiernie ważne jest jego odpowiednie wtopienie w skórę ( i tu najlepiej sprawdzają się nasze dłonie) ponieważ pod wpływem ciepła produkt staje się bardziej plastyczny i łatwiejszy w użytkowaniu. Odcienie są dość uniwersalne - dodatkowo możemy je mieszać, aby uzyskać kolor najbardziej zbliżony do naszej karnacji. Ja jestem niezmiernie szczęśliwa, że producent umieścił w nim odcień oliwkowy i to właśnie jego używam najczęściej. Kamuflaż jest w stanie zakryć naprawdę dużo ( widziałam na innych blogach, że dziewczyny stosowały go do zakrywania tatuaży - to mówi samo za siebie) - jest także odcień żółtego przydatny przy kamuflowaniu np fioletowych sińców pod oczami - chociaż osobiście uważam, że produkt jest zbyt ciężki do stosowania na tak delikatną skórę wokół oczu. W każdym razie dobrze się trzyma na twarzy, a co najważniejsze działa i jest uniwersalny - można go stosować przez cały rok bez obawy, że stanie się dla nas w pewnym momencie roku za jasny bądź za ciemny. Jest potwornie wydajny - biorąc pod uwagę na jak długo nam starczy cena nie wydaje się, aż tak wysoka. Ja jestem bardzo zadowolona i jeśli szukacie mocno kryjącego korektora do zadań specjalnych - serdecznie polecam.

czwartek, 8 sierpnia 2013

50 faktów o mnie ...

Dziś dość nietypowo - bo nie będzie żadnej kosmetycznej recenzji, a prywata :) Sama bardzo lubię czytać i oglądać tego typu wpisy/filmy u innych dziewczyn więc sama postanowiłam dołączyć do zabawy. Zaczynamy:


1. Jestem jedynaczką - kiedyś bardzo chciałam mieć rodzeństwo, teraz już przyzwyczaiłam się do tego faktu...
2.Mam na imię Izabela - mimo to nie lubię jak ktoś się tak do mnie zwraca. Zdecydowanie bardziej wolę po prostu Iza
3. Wychowałam się na wsi - gdzie nadal mieszkają moi rodzice. Dodatkowo miejscowość jest tak mała, że jestem w stanie wymienić nazwiska wszystkich mieszkańców :D
4. Mam 21 lat
5. Od 5 lat nie mieszkam z rodzicami - bardzo spieszyło mi się do samodzielności :)
6. Studiuję gospodarkę przestrzenną - choć w liceum byłam w klasie humanistycznej - to chyba był jednak nie do końca dobry wybór - ale poznałam dzięki niemu wielu cudownych ludzi
7. Jestem potwornie punktualna - zawsze zjawiam się przed czasem i strasznie nie lubię gdy ktoś się spóźnia
8. Jestem typowym mięsożercą - gdy przynajmniej raz dziennie nie zjem mięsa chodzę zwyczajnie głodna
9. Mam problemy z rannym wstawaniem
10. Jako dziecko byłam potwornym niejadkiem - rodzice musieli się dużo natrudzić, abym zjadła obiad :D
11. Nie lubię pizzy hawajskiej
12. Kocham pieczarki, szpinak i czosnek pod każdą postacią !
13. Uwielbiam zakupy - kupowanie nowych rzeczy poprawia mi humor - szczególnie jeśli dotyczy przedmiotów, które od dawna chciałam mieć bądź kupionych w okazyjnych cenach
14. Przez okres wakacji pracuje - w sklepie z markowym obuwiem
15.Nigdy nie leciałam samolotem
16. Mam bliznę - brakuje mi przez nią trochę włosków w brwi - pamiątka z czasów dzieciństwa po bliskim spotkaniu ze stołem
17. Jestem gadżeciarą - bardzo lubię wszelkie nowinki techniczne
18. Kocham psy - szczególnie te małe - nie przepadam natomiast za kotami
19. Boję się myszy i szczurów
20. Dopiero niedawno przekonałam się do kolorowych pomadek - wcześniej nie wyobrażałam sobie siebie w mocno zaznaczonych ustach - teraz często stosuje taki makijaż na wyjścia
21. Pierwszy raz pomalowałam włosy pół roku temu
22. Gdy spodoba mi się jakaś piosenka słucham jej non stop - do czasu, aż maksymalnie mnie znudzi
23. Nienawidzę kosmetyków różanych - ich zapach jest dla mnie nie do zniesienia
24. Często działam pod wpływem impulsu i najpierw robię, a później myślę...
25. Zawsze mam pomalowane paznokcie - bez tego czuje się potwornie niekomfortowo
26. Jeśli chodzi o paznokcie to do 15 roku życia je obgryzałam - całe szczęście udało mi się od tego odzwyczaić
27. Nosiłam aparat ortodontyczny
28. Nie lubię czytać książek - nawet w szkole zawsze wystarczały mi bardzo szczegółowe streszczenia - książki mnie zwyczajnie nudzą
29. Swoje zainteresowanie tematyką kosmetyczną zawdzięczam youtube a konkretnie dziewczynie o nicku ciasteczko25 - to od jej kanału wszystko się zaczęło
29.Uwielbiam truskawki i żałuje,że sezon na te owoce trwa tak krótko - mrożone to jednak nie to samo :(
 A tu moje ulubione sezonowe ciasto z truskawkami - zrobione oczywiście własnoręcznie 
30. Uwielbiam chodzić boso - w domu nigdy nie noszę kapci
31. Aktualnie mieszkam w Olsztynie
32. Miałam złamany obojczyk - w pierwszej gimnazjum jadąc na rowerze chciałam uratować wiewiórkę stojącą na drodze - zahamowałam na przedni hamulec....
33. Mam prawo jazdy od 3 lat
34. Długo nie mogłam nauczyć się wiązać butów - do teraz potrzebuje na to więcej czasu niż inni :) a w podstawówce zawsze chodziłam w obuwiu zapinanym na rzepy
35. Kilka razy dziennie sprawdzam facebooka
36. Jako dziecko uwielbiałam wszelkie odcienie niebieskiego - dziś za tym kolorem nie przepadam i nie mam praktycznie nic w tej barwie
37. Jestem potworną bałaganiarą
38. Lubię komedie romantyczne - choć niektórzy twierdzą, że są bardzo przewidywalne
39. Najbardziej smakują mi potrawy wychodzące spod ręki mojej mamy :)
40.  Odkurzanie to domowy obowiązek, którego nienawidzę i unikam jak ognia
41. Mam 173 cm wzrostu i czuje się wysoka - chętnie oddałabym komuś kilka moich centymetrów
42. Nie lubię wesel - tego typu imprezy to dla mnie częściej zwyczajnie obowiązek niż opcja przyjemnej zabawy
43. Mam dużą rodzinę i ogromną ilość rodzeństwa ciotecznego (26) - przy czym są oni w większości starsi ode mnie i mają już swoje rodziny
44. Jestem niefotogeniczna
45.Nie potrafię pływać - mimo tego,że wiele razy chciałam się nauczyć - chodziłam nawet na kurs, ale jak widać w tej kwestii jestem niewyuczalna
46. Bardzo nie podoba mi się mój kolor opalenizny- bo moja karnacja wpada w oliwkowe tony - a mnie marzy się piękny, brązowo - złoty odcień skóry
47. Od 10 lat mam ten sam numer telefonu
48.  Mam ogromny lęk wysokości
49.  Mam słomiany zapał - i to moja największa wada
50.  Uwielbiam słodycze - czy to w wersji domowych ciast czy batonów bądź cukierków

Emulsja kojąca po opalaniu od Flos Lek

Ciepło, upalnie i fajnie - nawet dzień wolnego od pracy wyjątkowo był słoneczny - więc cały dzień w poprzednim tygodniu spędziłam na plaży. Wiadomo temperatura ponad 30 stopni i słońce zobowiązują do smarowania skóry kremem z filtrem, ale co zrobić kiedy po powrocie do domu czujecie się zwyczajnie spalone, z pomocą przychodzi nam Flos Lek ze swoją Emulsją kojącą po opalaniu:
Cena/pojemność/dostępność: ok 20 zł/ 200 ml/ apteki i niektóre drogerie 
Opakowanie: Zwykła, biała plastikowa tubka, na której producent umieścił podstawowe informacje o produkcie - estetyczne - w sumie ani nie szpeci ani nie powala na kolana. Dla mnie jak najbardziej ok chociaż w tej kwestii nie mam dużych wymagań :)
Kolor/zapach:  Dość rzadki balsam o białym kolorze i zapachu gumy balonowej - ja go szczerze pokochałam, ale czytałam na innym blogach, że dla niektórych dziewczyn jest zbyt intensywny i drażniący. Nie mniej jednak mi zupełnie nie przeszkadza i bardzo go pod tym względem lubie
Działanie: Stosowałam go po powrocie z plaży - delikatnie chłodzi ( nie jest to jednak uczucie jakie znamy chociażby z antycellulitowych produktów), fajnie łagodzi wszelkie podrażnienia (zawiera w składzie chociażby pentanol czy alantoine oraz masło shea )- po jego nałożeniu czujemy zwyczajnie ulgę :) dodatkowo nieźle nawilża.  Osobom analizującym składy nie spodoba się parafina - i to już na drugim miejscu - ja staram się jej unikać w produktach przeznaczonych do pielęgnacji twarzy - natomiast jeśli chodzi o ciało to nie ma to dla mnie aż tak dużego znaczenia. Dość szybko się wchłania - zostaje jednak wyczuwalny na skórze - co wielu osobom nie przypadnie do gustu.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Powiedz stop suchej skórze pod oczami - kolagenowe płatki pod oczy z czerwonym winem

Skóra pod oczami jest bardzo cienka w związku z tym najbardziej podatna chociażby na nieubłagany upływ czasu - czyli pojawianie się zmarszczek. Trzeba szczególnie o nią dbać - nie naciągać nadmiernie i pilnować, aby  była odpowiednio nawilżona. Jakiś czas temu zrobiło się głośno o akcji "Powiedz stop suchej skórze pod oczami" - także wzięłam w niej udział i miałam okazję przetestować kolagenowe płatki pod oczy z czerwonym winem 

Cena/pojemność/dostępność:  12 zł/ 1 para/ beautyface.pl
Opakowanie: Płatki otrzymujemy zafoliowane i zabezpieczone przed otwarciem -jest to produkt jednorazowego użytku więc w sumie producent nie miał wielkiego pola do popisu. Otwieramy opakowanie wyjmujemy płatki - reszta ląduje w koszu :D 
Działanie: Płatki mają zelowo-galaretkową konsystencję - są wilgotne, dobrze przyklejają się do skóry - można z nimi swobodnie wykonywać obowiązki domowe bez obawy, że odpadną. Są delikatnie chłodne więc czujemy się odprężone - ja spacerowałam z nimi około 40 minut - do zdjęciu skóra jest faktycznie przyjemna w dotyku, nawilżona - nie jestem jednak w stanie ocenić długotrwałego działania tego produktu po jednym użyciu - więc post możecie traktować jako moje pierwsze wrażenie na temat tych płatków. Jedyne co mi nie odpowiada to cena - podobny produkt ma w swojej ofercie Perfecta - cenowo wypada dużo przyjemniej, a działanie (przynajmniej po jednym użyciu) jest porównywalne  

środa, 31 lipca 2013

Veet Easy Wax - depilacja woskiem w domowym zaciszu. Czy warto?


Depilacja woskiem to sposób znany od lat - nie tylko w gabinetach kosmetycznych, ale także w domu, każda z nas przecież słyszała o plastrach do depilacji. Tym razem firma Veet wypuściła na rynek produkt, który ma dawać nam namiastkę salonu w domowym zaciszu. Ja miałam okazję wypróbować ten produkt dzięki portalowi depilacja.edu.pl, który był obecny na naszym spotkaniu blogerek w Olsztynie. I tak do mojej łazienki trafił Veet Easy Wax:

Cena/pojemność/dostępność:  ok 70 zł/ w tej cenie otrzymujemy urządzenie podgrzewające oraz wkład z woskiem o pojemności 50 ml oraz paski do depilacji i chusteczki nasączone oliwką/ drogerie internetowe i stacjonarne oraz większe supermarkety 
Opakowanie: Produkt otrzymujemy w kartonowym opakowaniu - w środku znajduje się urządzenie podgrzewające utrzymane w biało-różowej kolorystyce, do tego podstawka, którą możecie zobaczyć na zdjęciu po lewo, chusteczki nasączone oliwką, które pozwalają zmywać resztki wosku po zabiegu i instrukcje obsługi. Sam podgrzewacz ma fajny kształt - dobrze leży w dłoni - ma gumowe wstawki w związku z tym nie wyślizguje się z rąk. Biała, plastikowa podstawka, pozwala trzymać go w pozycji pionowej - po podłączeniu urządzenia do prądu - zapala się lampka kontrolna. Wkłady są oczywiście wymienne (mamy do wyboru wosk ze standardową rolką oraz z węższą wersją - przeznaczony do depilacji np okolic bikini)
Działanie: Producent twierdzi, że urządzenie potrzebuje od 20 do 40 minut, aby się nagrzać - niestety w praktyce wychodzi trochę inaczej. Po 20 minutach wosk jest jeszcze zbyt zimny i nie nadaje się do aplikacji na skórę - ja potrzebowałam około 50 minut do tego, aby móc rozpocząć cały proces. Kiepska opcja dla choleryków, którzy tak jak ja nienawidzą czekać - sytuacja ta spowodowana jest małą mocą podgrzewacza (nie mogę się jej nigdzie doczytać na opakowaniu?). Producent oferuje nam jeden rodzaj wosku - w moim zestawie była klasyczna rolka, którą producent zaleca do depilacji rąk i nóg. W Rossmanie natomiast widziałam wkład przeznaczony do depilacji okolic bikini i pach - różniący się jedynie szerokością rolki. Wosk ma 50 ml pojemności, różowy kolor - ja nie wyczuwam żadnego zapachu - wkłady uzupełniające możemy kupić w drogerii za około 20 zł. Dodatkowo producent dodał paski, którymi wykonujemy depilację. Czy działa? Tak, chociaż wiadomo, że przy tej metodzie ważna jest długość włosków, które chcemy usunąć - a ich "zapuszczanie" przy pogodzie jaką mamy za oknem jest zwyczajnie bardzo trudne i mało komfortowe. Wosk mnie nie podrażnił, nie uczulił. Chusteczki dołączone do zestawu pozwoliły usunąć resztki produktu z naszej skóry - jest ich jednak zaledwie 4 - więc później musimy radzić sobie zwykłą oliwka - chociażby taką dla niemowląt 
Czy kupię ponownie? Nie - sama będąc w szkole kosmetycznej wiem na jakich woskach pracują salony - są to często zestawy z hurtowni kosmetycznych, które można dostać też bez problemu na allegro. Cechują się one dużo większą mocą - dzięki czemu wosk nagrzewa się szybko - dodatkowo mamy wybór wielu różnych rodzai wosków - w dużo lepszej cenie bo około 10 zł za wkład. Producent jednak wiedział co robi i aby ustrzec się przed korzystaniem z wosków innych firm wprowadził u siebie pojemność 50 ml - przy czym standardowo jest to 100 ml - urządzenie nie jest więc w stanie działać na innych produktach - a szkoda, bo wtedy pewnie jeszcze bym je wykorzystała... Rolka pozwala na jakieś 5-6 zabiegów depilacji całych nóg - nie mnie jednak paski mogą skończyć się szybciej, szczególnie jeśli nie macie zbyt dużego doświadczenia. 
Podsumowując: Produkt wzorowany na profesjonalnym, tylko z mniejszą mocą i większą ceną - hmm dziwne połączenie - jeśli chcecie zdecydować się na ten rodzaj depilacji polecam zainwestowanie w urządzenie przeznaczone do salonu, którego cena jest zresztą porównywalna - a czasami nawet niższa - dzięki temu będziecie mieć możliwość wybierania innych wosków (chociażby zapachowych czy przeznaczonych do konkretnego rodzaju skóry) o większej pojemności i niższej cenie....

wtorek, 30 lipca 2013

Perełka pod prysznic - Isana Med żel z 5% Urea

Żel pod prysznic to kosmetyk, którego używa chyba każdy z nas - przy wyborze kierujemy się różnymi czynnikami - jedni ulubioną marką, drudzy zapachem produktu, trzeci ceną i wydajnością - a pozostali zwracają uwagę na jeszcze inne czynniki. Będąc na zakupach w rossmanie zauważyłam ten żel - zupełnie niepozorny - postanowiłam wypróbować - bo produkty zawierające Urea czyli mocznik bardzo lubię. I tak w mojej łazience zamieszkał: 
Isana Med żel pod prysznic z 5% zawartością mocznika
Cena/pojemność/dostępność: 4,49 / 250 ml / drogerie Rossman 
Opakowanie: Standardowe w przypadku żeli pod prysznic tej firmy - biała plastikowa buteleczka z czerwonym wieczkiem, do której przyklejono naklejkę z podstawowymi informacjami o produkcie. Co ważne nie odkleja się ona pod wpływem wilgoci - więc stojąc pod prysznicem cały czas wygląda estetycznie 
Kolor/zapach: Przeźroczysty żel o bardzo specyficznym zapachu mocznika - jeśli kiedykolwiek miałyście jakiś produkt właśnie z urea pewnie wiecie co mam na myśli - jeśli nie to najbliżej chyba mogę go porównać do pudełka zapałek - w każdym razie niekoniecznie przyjemny i nie ma nic wspólnego z pięknie perfumowanymi kosmetykami myjącymi stojącymi na półkach 
Działanie: Zdecydowałam się na jego zakup, bo moja skóra ma tendencje do przesuszania podczas mycia - a olejki pod prysznic na okres letni są dla mnie po prostu za tłuste - mam wrażenie takiej tłustej powłoki na ciele a tego przy 30 stopniowym upale nie lubię. Po umyciu ciała tym produktem takiego wrażenia nie mam, a skóra nie jest nieprzyjemnie ściągnięta. Dobrze się pieni, ale mógłby być bardziej gęsty - wtedy byłoby lepiej z jego wydajnością - chociaż nie ma co się czepiać - bo przy tej cenie i tak wypada atrakcyjnie. Kupiłam kolejne opakowanie - a przy tego typu produktach nie zdarza mi się to często bo lubię eksperymentować :D szkoda, że nie pachnie jakoś przyjemniej - ale na szczęście aromat szybko się utlenia i nie jest wyczuwalny na skórze....


A Wy znacie ten produkt? A może polecicie mi jakieś inne produkty tej marki?

piątek, 26 lipca 2013

Mały uśmiech - czyli pierwsze spotkanie z minerałami....

Kosmetyki mineralne maja coraz więcej zwolenników, bo naturalne, nie zapychają i pozwalają uzyskać fajny efekt. Są podkładu, korektory, pudry, róże, cienie - generalnie jesteśmy w stanie wykonać prawie cały makijaż tylko i wyłącznie przy ich użyciu. Dla mnie to pierwsza styczność z tego typy kosmetykami - oczywiście wiedziałam o nich i często widywałam je na blogach innych dziewczyn, ale mnie nie było jakoś po drodze... Z pomocą przyszła firma Amilie Cosmetics która podczas spotkania blogerek przekazała nam drobne upominki. I tak w moim kuferku zamieszkał:
 Róż rozświetlający w odcieniu Little Smile:
Cena/pojemność/dostępność: 29 zł/ 4g/ sklep internetowy producenta
Opakowanie: Wygląda uroczo. Mały przezroczysty słoiczek z białą nakrętką, na której widnieje różowe logo producenta. Informacje odnośnie koloru jaki posiadamy, pojemności czy składu. Jest to oczywiście kosmetyk w formie proszku, dlatego też wewnątrz producent umieścił sitko - jak w przypadku np pudrów do twarzy. Przy czym mamy możliwość zakrycia jego otworów (dzięki czemu róż jest zabezpieczony chociażby podczas podróży) podczas aplikacji zazwyczaj wysypuję odpowiednią ilość na wieczko i właśnie z niego nabieram proszek na pędzel. W każdym razie jest praktycznie i estetyczne. Czego chcieć więcej?
Kolor/działanie: Piękny zgaszony, brudny róż - takie odcienie lubię najbardziej. Miałam szczęście, że trafił mi się kolor "w moim stylu" - nie miałyśmy bowiem wpływu na to jaki róż dostaniemy. Jest to produkt rozświetlający - ma w sobie delikatne drobinki - na policzku wygląda jednak bardzo naturalnie, dając satynowe wykończenie. Jestem nim ostatnio oczarowana i gości na moich policzkach w ostatnim czasie bardzo często. Długo się utrzymuje na twarzy( po całym dniu pracy nadal jest widoczny na twarzy - to już mały sukces), a 4 gramy to ogromna ilość produktu i jestem przekonana, że wystarczy na bardzo długo.  Ciężko mi wypowiedzieć się na temat jego mineralności - dla mnie to zwykły, sypki róż. Większą różnicę zapewne można zauważyć przy stosowaniu tego typu podkładu czy korektora. Ale co tam - mineralny czy nie, ważne że kolor ma ładny <3


A Wy miałyście styczność z kosmetykami mineralnymi? Lubicie je czy może coś Wam w nich przeszkadza? Chętnie poznam Wasze zdanie...

środa, 24 lipca 2013

Kompletna klapa: Szampon z olejkiem arganowym od Joanny

Cały kosmetyczny świat oszalał na punkcie olejku arganowego - jest o nim ostatnio potwornie głośno, a firmy ciągle wypuszczają na rynek nowe serie produktów właśnie z jego udziałem w składzie... Nasza rodzima marka Joanna zrobiła podobnie i tak do drogerii trafił szampon, odżywka oraz maseczka do włosów z serii argan oil. Dziś mowa o tym pierwszym. A więc przed Wami 
Szampon z olejkiem arganowym, przeznaczony do włosów suchych i zniszczonych
(który otrzymałam na spotkaniu blogerek z Warmii i Mazur ):
Cena/pojemność/dostępność: Około 6-7 zł/ 200 ml/ sieci drogerii a także supermarkety
Opakowanie: Klasyczne w przypadku tego typu produktów. Plastikowa butelka, na której producent umieścił podstawowe informacje o produkcie - w sumie nie ma co się na ten temat rozpisywać :)
Obietnica producenta:"Twoje włosy zyskają: witalność i czystość, odżywienie i wzmocnienie, zmysłowy połysk, regenerację zniszczonych partii, ochronę przed puszeniem się"
Działanie: Mam kręcone, a może raczej falowane włosy, które z natury są suche - moje dodatkowo farbowane i poddawane działaniu wysokiej temperatury - więc teoretycznie produkt stworzony dla mnie - osoby posiadającej włosy suche i zniszczone. Byłam do niego bardzo pozytywnie nastawiona. Mała kropla wystarczyła, żeby umyć włosy. Zaraz po spłukaniu moje włosy były potwornie szorstkie i nieprzyjemne w dotyku. Nałożyłam odżywkę z tej samej serii - i co uzyskałam? Żaden szampon jeszcze nigdy tak nie obciążył moich włosów. Były potwornie obciążone, przyklapnięte - wyglądały po prostu źle. Dawałam mu kilka prób - stosowałam z różnymi odżywkami i bez nich - próbowałam myć włosy nim a potem innym szamponem - efekt za każdym razem identyczny czyli zwyczajnie zły. Generalnie żadna z obietnic producenta nie została spełniona, no może poza czystością - bo w końcu je jednak myłam. Nie zauważyłam ani wzmocnienia ani odżywienia a zamiast zmysłowego połysku został mi tępy mat,  i włosy nadające się do ponownego umycia. Moje włosy też nie chciały się po nim kręcić, a co gorsza nie były też proste. Posłużył mi jako produkt do prania pędzli. Dobre i to, ale chyba jednak nie o to chodzi... Generalnie nie polecam i sama będę omijać szerokim łukiem. 

wtorek, 23 lipca 2013

Tani sposób na oczyszczanie? Normalizujący żel-peeling oczyszczający do mycia twarzy z BeBeauty

Często tak mam, że po zakupie jednego udanego produktu danej firmy zaczynam bliżej przyglądać się jej ofercie. Tak było i tym razem... Gdy pozytywnie zaskoczył mnie płyn micelarny, to przy okazji kolejnych zakupów spożywczych w biedronce sięgnęłam po kolejny kosmetyk ich marki. Padło na 
 normalizujący żel-peeling oczyszczający do mycia twarzy (cera mieszana, tłusta):
Cena/pojemność/dostępność: Ok 5 zł/ 150 ml/ sklepy sieci Biedronka
Opakowanie: Nic specjalnego, ale już wiele razy wspominałam, że przy tanich kosmetykach producenci starają się raczej ograniczać koszty właśnie opakowania - to zwykła biała tuba (jak w przypadku innych żeli tej firmy) z nadrukowanymi informacjami o produkcie. Nic specjalnego - ale też nie szpeci i spełnia swoją funkcję - więc nie ma co się czepiać :)
Kolor/konsystencja/zapach: Bezbarwny żel z zatopionymi w nim dość delikatnymi, niebieskimi drobinkami o specyficznym dość sztucznym zapachu - delikatnie przypominającym cytrynę. Drobinek jest w nim dość niewiele - ale mimo to efekt złuszczania jest zauważalny - a produkt nadaje się do codziennego użytku - przynajmniej dla posiadaczek tłustych, grubych i zanieczyszczonych cer.
Działanie:  Żel do twarzy to kolejny etap mojego oczyszczania cery - najpierw zmywam makijaż twarzy i oczu płynem micelarnym a dopiero później myję ją przy użyciu żelu. Mam wrażenie, że moja cera jest wówczas bardziej czysta - a co więcej przyzwyczaiłam się już do takiej formy. Kosmetyk ma wyczuwalne drobiny, i choć efekt złuszczania jest zauważalny to nie zrobi on krzywdy osobom o tłustej, grubej i zanieczyszczonej cerze - dla posiadaczek cer wrażliwych i delikatnych może być zbyt mocny do codziennej pielęgnacji. Moja skóra bardzo lubi złuszczanie więc jestem z niego zadowolona, nie przesuszył mnie ani nie uczulił ( jest przebadany dermatologicznie i hypoalergiczny). Nie spotkały mnie po nim żadne nieprzyjemne niespodzianki na twarzy - niestety zapach nie do końca mi odpowiada - ale po kilku użyciach można się przyzwyczaić :) Co do efektu zmatowienia - które obiecuje nam producent - to nie zauważyłam różnicy - choć nie do końca tego oczekuje od żelu do twarzy. On ma po prostu dobrze myć - z pozostałymi problemami skóry, można poradzić sobie w inny sposób :)


Muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona produktami BeBeauty, nie spodziewałam się, że za tak niską cenę możemy otrzymać produkt bardzo fajnej jakości. Przy kolejnych zakupach spojrzę na ich inne produkty - może coś jeszcze wpadnie mi w oko ;) no właśnie a może jesteście w stanie mi coś od nich polecić?

piątek, 19 lipca 2013

Zbędny gadżet czy kosmetyczny must have? Peeling do ust od Pat&Rub

Kolejny produkt marki Pat&Rub otrzymany na spotkaniu blogerek w Olsztynie. Przyznam szczerze, że to właśnie jego byłam ciekawa najbardziej - bo wiele czytałam o tym produkcie na blogach innych dziewczyn.  Jest dostępny w trzech wersjach: pomarańczowy (który za chwilę Wam przedstawię), kawowy (brzmi nieźle) oraz różany (bardzo się cieszę, że nie trafiła mi się właśnie ta opcja, bo różanych kosmetyków zwyczajnie nie cierpię). Mowa oczywiście o :
peelingu do ust od Pat&Rub (choć na opakowaniu widnieje nazwa piling (?))
Cena/pojemność/dostępność: 49 zł/ 25 ml/ chociażby na stronie producenta
Opakowanie: Pierwotnie otrzymujemy produkt w małym kartoniku, który oczywiście nie dotrwał do zdjęcia - wyrzuciłam go przed sfotografowaniem. Dlatego właśnie nie do końca rozumiem idee ich otrzymywania - większość z nas i tak od razu je wyrzuca - a wszystkie informacje swobodnie można umieścić już na właściwym opakowaniu. Kosmetyk otrzymujemy w zakręcanym, plastikowym słoiczku - samo w sobie wygląda bardzo elegancko. Producent nie zapomniał oczywiście o dużym logo swojej firmy. Tu w każdym razie zarzutów nie mam - wygląda estetycznie, jest poręczne. Czego chcieć więcej?
Kolor/konsystencja/zapach: Po odkręceniu wieczka od razu czujemy aromat pomarańczy. Co jak co - ale pachnie cudownie - to zdecydowanie zaleta. Kolor też wskazuje z czego jest kosmetyk wykonany - bo jak widzicie to rażąca po oczach pomarańcza. Mam jednak trochę zastrzeżeń co do konsystencji, która moim zdaniem jest zbyt sucha - to jakby cukier delikatnie polany wodą - w każdym razie potrafi spaść w palca podczas aplikacji - trochę szkoda, bo łatwo można trochę produktu stracić 
Działanie: Kosmetyk, ma pomóc nam w pozbyciu się suchych skórek szpecących nasze usta - w tej kwestii sprawdza się bardzo dobrze. Producent twierdzi, że także nawilża - hmmm szczerze mówiąc nie zauważyłam. Złuszcza w każdym razie dość mocno - zdecydowanie nie jest to produkt do stosowania codziennego - zresztą w sumie jak każdy inny typowy zdzieracz. Jest wykonany w 100% z naturalnych składników i można go później po prostu zjeść - a smak też ma niczego sobie :D 


Podsumowując fajny, ale dość kosztowny gadżet. W łazience wygląda estetycznie i budzi wiele kontrowersji wśród koleżanek, które nigdy o takim produkcie nie słyszały (ahhh te kobiety nie czytające blogów kosmetycznych ;)) Za regularną cenę na pewno bym go nie kupiła, bo można sobie poradzić z tym problemem domowym sposobem chociażby stosując szczoteczkę do mycia zębów - ale na wyprzedaży - czemu nie - tym bardziej, że to kosmetyk dość wydajny. 

środa, 17 lipca 2013

Stracona sprawa? BeBeauty płyn micelarny do demakijażu i tonizacji twarzy i oczu

Robię zakupy w biedronce - jednak nigdy nie przypatrywałam się ich ofercie kosmetyków. Moja skóra jest dość kapryśna, ma swoje humory i wiele produktów po prostu jej szkodzi. Obawiałam się, że jeśli produkt jest w tak przystępnej cenie to może coś jest z nim nie tak - i mimo wielu pozytywnych opinii jakie widziałam po prostu się nie zdecydowałam. Do czasu gdy mój produkt do demakijażu dobił dna, a ja nie miałam już czasu na spacer do drogerii. W moje ręce wpadł wtedy produkt marki 
BeBeauty - Płyn micelarny do demakijażu i tonizacji twarzy i oczu:
Pojemność/cena/ dostępność: 200 ml/ 4,49 zł/ sklepy biedronka (niestety produkt jest wycofywany więc trzeba mieć sporo szczęścia żeby na niego trafić)
Opakowanie: W tej kwestii firma nie wymyśliła nic specjalnego - zresztą nie ma co się dziwić przy takiej cenie nie możemy liczyć na wymyślone/ekskluzywne opakowanie - zresztą po co? w końcu liczy się działanie produktu. W każdym razie nie szpeci - plastikowa buteleczka, która nie wymaga odkręcania - wystarczy lekko nacisnąć korek i możemy swobodnie nalewać płyn na wacik. Jest przezroczyste więc kontrolujemy ilość produktu, która nam została. Producent umieścił na nim informacje odnośnie sposobu używania, składu. Jest przebadany dermatologicznie i hypoalergiczny.
Kolor/konsystencja/zapach: Co tu dużo mówić - bezbarwny płyn o delikatnym, ale dość specyficznym zapachu - delikatnie kwiatowym- mnie osobiście nie przeszkadza, ale dla osób lubiących bezzapachowe kosmetyki może być drażniący. 
Działanie: Kupiłam ten produkt z myślą o demakijażu twarzy i oczu - przy codziennym makijażu nie używam kosmetyków wodoodpornych. Płyn dobrze radzi sobie z oczyszczaniem skóry - i co dla mnie najważniejsze - nie szczypie w oczy! Pozostawia na twarzy delikatną, odrobinę lepką warstwę - która po chwili znika z twarzy - jednak wiem, że dla wielu osób będzie to wadą produktu. Jest też średnio wydajny ( ze względu na rodzaj opakowania łatwo wylać za dużo płynu na wacik kosmetyczny)  - jednak za tą cenę można mu to wybaczyć.

Niestety produkt zostaje wycofywany ze sklepów - trzeba mieć dużo szczęścia, aby trafić na niego w Biedronce... Szkoda, nie do końca rozumiem czemu firmy wycofują produkty, które stają się kosmetycznymi hitami i zdobywają grono fanów.  Mam nadzieję, że wróci w nowym opakowaniu, albo będąc u rodziców uda mi się na niego trafić w sklepie wtedy zrobię zapasy! Jeśli jeszcze nie miałyście okazji go wypróbować, a zobaczycie go jakimś cudem w swojej biedronce - nie zastanawiajcie się - warto...


Edit: Będąc dziś  na zakupach w biedronce, niedaleko miejsca gdzie mieszkają moi rodzice zauważyłam, że stoi tam karton po brzegi wypełniony tym kosmetykiem. Na wszelki wypadek zrobiłam małe zapasy - ale Pani pracująca tam powiedziała, że dostają dostawy tego produktu:) Wygląda na to,że nie jest to jednak taka stracona sprawa ;D

wtorek, 16 lipca 2013

Maska eksfoliująca z keratoliną od Bandi

Moja skóra kocha maski - szczególnie te przeznaczone do skóry tłustej i zanieczyszczonej - dlatego staram się w miarę regularnie nakładać je na twarz. Na spotkaniu blogerek z Warmii i Mazur, gdzie miałam przyjemność uczestniczyć otrzymaliśmy małe podarunki od firmy Bandi - mnie przypadła
 Maska eksfoliująca z keratoliną:
"Ale o co chodzi? "- taka może być pierwsza myśl osób nieinteresujących się tematyką kosmetyczną po przeczytaniu nazwy produktu  -wypadałoby zatem trochę ją rozszyfrować. Eksfolitacja to inaczej zabieg złuszczający przy użyciu kwasów różnego rodzaju oraz o różnym stężeniu  keratolina natomiast to enzym, który usuwa martwe komórki naskórka. Producent mógł sobie jednak pozwolić na użycie takich nazw ze względu na to - że z założenia jest to kosmetyk profesjonalny - moim zdaniem nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby cieszyć się jego właściwościami w domowym zaciszu. Ale po kolei:
Pojemność/cena/dostępność: 75 ml/ 52 zł - sklep internetowy producenta z tego co wiem, można ją także zamówić w niektórych salonach kosmetycznych
Opakowanie:  Produkt otrzymujemy w kartonowym pudełeczku - nie lubię takiej formy, opakowanie i tak zaraz ląduje w koszu. W środku znajduje się plastikowy, półmatowy pojemnik wyposażony w próżniową pompkę - super, bo nie tylko kontrolujemy ilość kosmetyku, która nam jeszcze została to nie ma on kontaktu z powietrzem i tak szybko nie traci swoich właściwości, a dodatkowo w higieniczny sposób możemy zużyć produkt do samego końca
Kolor/konsystencja: Maska ma konsystencje kremu do twarzy - ja nakładam ją za pomocą pędzelka do maseczek, ale bez problemu poradzimy też sobie używając własnych dłoni. Jest biała i ma delikatny, nie drażniący zapach
Działanie: Na początek tylko dodam, że moja skóra wszelkie złuszczania, szczególnie kwasami - bardzo lubi - a jest zanieczyszczona i ma tendencje do przetłuszczania się. Po nałożeniu maseczki możemy odczuwać lekkie mrowienie - nie jest ono jednak zbyt mocne, ani nie przyjemne - po chwili uczucie znika. Dalej maska jest na twarzy niewyczuwalna - producent zaleca pozostawiać ją na twarzy około 15 minut - mnie zdarzyło się kilka razy ten czas przedłużyć (tak przyznaje - zapomniałam o niej;)) i żadnych negatywnych skutków nie zauważyłam (ale tak jak wspominałam moja skóra miała wcześniej kontakt z kwasami i jest po prostu do takiej formy przyzwyczajona). Produkt zmywamy letnią wodą. Maseczka oczyszcza naszą buzie - mnie po niej delikatnie obsypało, ale u mnie to naturalna reakcja - całe szczęście wszystko znika z twarzy szybko i ładnie się goi, dodatkowo wygładza cerę, delikatnie ją rozjaśnia. Jest wydajna - ja jestem bardzo zadowolona....
 zresztą nie tylko ja - recenzję tej maseczki widziałam też u Żurnalistki, dokładnie TU

środa, 10 lipca 2013

...

Dziś post trochę narzekaniowy - pokaże Wam buty w których zakochałam się już w lutym - kosztowały wówczas 199 zł - i stwierdziłam, że to trochę za dużo jak na buty w których jednak często chodzić nie będę. Wchodzę dziś na stronę ZARY i są dostępne na wyprzedaży we wszystkich rozmiarach w cenie...
 59,90 zł!!!



czemu w Olsztynie nie ma ZARY ;( 

poniedziałek, 8 lipca 2013

Relaksujący olejek do ciała od Pat&Rub

Kolejny produkt otrzymany na spotkaniu blogerek, który miałam przyjemność używać to
 relaksujący olejek do ciała od Pat&Rub:
Pojemność/cena: 125 ml/ 65 zł
Opakowanie: Bardzo solidne, wykonane z lekko zmatowionego szkła, na którym producent umieścił nalepkę z podstawowymi informacjami o produkcie. Co ważne posiada pompkę, która po pierwsze jest bardzo higieniczna, a co równie ważne pozwala odmierzyć odpowiednia ilość produktu. Działa sprawnie - nie zacina się. Dodatkowo mamy jeszcze plastikową nakrętkę - która zabezpiecza produkt przed rozlaniem czy nieświadomym wciśnięciem chociażby w podróży
Zapach/  kolor: Producent twierdzi, że: "pachnie relaksująco trawą cytrynową i kokosem" - cóż może mam mało wyczulony zmysł węchu, ale ja czuje tylko trawę cytrynową - co nie zmienia faktu, że zapach jak najbardziej mi się podoba - jest świeży i nienachalny - chociaż wiadomo to akurat kwestia gustu. Jak na olej przystało jest płynny - ma delikatnie żółtą barwę. 
Działanie: Produktu używam do pielęgnacji ciała - po prysznicu na jeszcze delikatnie wilgotną skórę - wmasowuje olejek w ciało - dość szybko się wchłania, pozostawiając skórę przyjemnie nawilżoną i pięknie pachnącą. Wiadomo to olejek, więc skóra będzie odrobinę tłusta musimy poczekać, aż wszystko się wchłonie ale dla mnie nie jest to większy problem. Zdecydowanie wolę taką opcję nawilżania mojego ciała... Myślę, że sprawdziłby się także do olejowania włosów - ale tego nie byłam w stanie sprawdzić, gdyż moje włosy takiej formy pielęgnacji po prostu nie lubią :) 
Podsumowując: Kolejny produkt marki, który przypadł mi do gustu, nie tylko działaniem - ale również opakowaniem i zapachem. Dodatkowym atutem jest fakt, że jest to kosmetyk ekologiczny - posiadający certyfikaty - wszystko super prawda? Ale... no właśnie, gdyby nie cena. Uważa, że jest to zwyczajnie drogi kosmetyk, przynajmniej nie na moją studencką kieszeń... więcej informacji o tym olejku znajdziecie na stronie producenta klik, tu możecie także dokonać zakupu produktów marki Pat&Rub

piątek, 5 lipca 2013

Ekstra nawilżająca szminka w odcieniu 158 od Barry M

Tak wiem - pomadki i lakiery to ostatnio najczęściej goszczące na moim blogu kosmetyki, aż dziwne bo jeszcze rok temu w mojej kosmetyczce była dosłownie jedna szminka... Teraz kolekcja zdecydowanie się powiększyła. Dziś chcę pokazać Wam 
ekstra nawilżającą szminkę w odcieniu 158 od Barry M:
Jak miałyście okazję zauważyć szminki z Barry M należą do moich ulubionych. Zawsze jednak decydowałam się na kolory ze standardowej kolekcji ( w czarnych, matowych opakowaniach) tym razem wybór padł na pomadkę z ich nawilżającej serii
Opakowanie: W tym przypadku zdecydowanie wolę szminki z podstawowej wersji. Tu mamy do czynienia z połyskującym, różowym i delikatnie opalizującym opakowaniem wykonanym z plastiku. Generalnie mocnych upadków nie przetrwa więc musimy na nie uważać. Standardowo producent umieścił na nim swoje logo i oznaczenie koloru, na zakup którego się zdecydowaliśmy
Kolor/ konsystencja: Zdecydowałam się na odcień 158 nazwany przez producenta "Coral Blush" cóż dla mnie to klasyczna, rzucająca się w oczy malina z odrobiną koralu. Zdecydowanie kolor zwracający uwagę. W porównaniu z pomadkami ze standardowej serii ten jest mniej napigmentowany - dokładnie też odczujemy różnicę w konsystencji szminek. Ta jest dużo bardziej nawilżająca, podczas nakładania wręcz ślizga się po ustach i nie daje efektu przesuszenia ust. Niemniej jednak ze względu na swoją formułę jest też mniej trwała i szybciej się zjada - dla mnie to delikatniejsza, bardziej dzienna i letnia wersja standardowych pomadek od Barry M, które genialnie sprawdzi się przy letnich wyjazdach :)
Dostępność/cena : marka dostępna jest głównie online - szminkę możecie zakupić w cenie 22,80 zł na stronie kosmetykibarrym.pl



produkt otrzymałam do testów dzięki uprzejmości sklepu internetowego kosmetykibarrym.pl nie miało to jednak wpływu na moją recenzję, która jest oparta wyłącznie na subiektywnych odczuciach. Pamiętaj, ze Twoja opinia o produkcie może być inna

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...